Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Family. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Family. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 marca 2015

14. "Koszmar McGonagall"

I'll be your light, your match, your burning sun,
I'll be the bright in black that's makin you run.
And we'll feel alright, and we'll feel alright,
Cuz we'll work it out, yeah we'll work it out.
I'll be doing this, if you had a doubt,
Till the love runs out, 'till the love runs out.
OneRepublic - Love Runs Out

Cassiopeia ♥ Marley ♥Croyance

Wszystkiego najlepszego, Ces!


    Dwie dorosłe kobiety przekroczyły bramę pewnym krokiem. Od dawna nie widziały swej Alma Mater, choć mimo upływu lat nie zmieniło się tu zbyt wiele. Ten sam wielki zamek, bezkresne jezioro oraz zastraszający las, sprawiający, iż niektórzy chcieli uciec z krzykiem. Och, z iloma świetnymi wspomnieniami łączyło się to miejsce.
     Obie brunetki nie rozglądały się jednak na boki. Wystarczyło, że się pojawili, a uczniowie korzystający z ostatnich ciepłych dni jesieni odwracali za nimi wzrok. Co więcej trudno było zignorować coraz głośniejsze szepty. Lecz cóż poradzić jak jest się sławnym...
     Na korytarzu także kręciło się kilkoro uczniów, którzy szybko schodzili im z drogi. Jedna z kobiet pokręciła jedynie głową na ten widok, zwłaszcza, że druga uśmiechnęła się w samozadowoleniu. Tak, to zainteresowanie i budzenie respektu było niezłym plusem tego publicznego pojawienia się. Dopiero stojąc przed gobelinem prowadzącym do gabinetu dyrektorki, po raz pierwszy się odezwały.
- Mamy czekać, czy podała nam jakoś hasło?
- Marv, ona sądziła, że "przywita" nas przy bramie. W kocu kto by pomyślał, że znamy kilka przydatnych sztuczek. Na przykład jak oszukać strażnika jej gabinetu. - Kobieta uśmiechnęła się spoglądając na towarzyszkę.
- Ces... Czy ty zawsze musisz szukać kłopotów? Nie mogłabyś chociaż raz dać sobie z tym spokój? Nie jesteśmy tu aby się bawić, gdyby nie te nasze dzieci...
- Nie przesadzaj. Gdyby tata nie pracował w Hogwarcie, to nasi rodzice byliby wzywani jeszcze częściej, chyba to pamiętasz. - Obie brunetki spojrzały na siebie z uśmiechem. - A co do hasła to znam kilka dobrych sposobów.
    Podeszła o krok do figury i wykonała przy niej kilka chaotycznych ruchów. Nim Marley zdążyła cokolwiek powiedzieć, przejście otworzyło się, a Ces z uśmiechem wspięła się po schodach. Nie zdążyła jej jednak dogonić i gdy pojawiła się w drzwiach gabinetu, jej towarzyszka już siedziała wygodnie na jednym z krzeseł.
    Portrety szeptały do siebie, spoglądając niepewnie na nowych gości. Jedynie Black patrzył spokojnie na swą potomkinie, choć nie powstrzymał kilku postaci przed zniknięciem. Zapewne poszli szukać dyrektorki oraz podobizny Dumbledore'a. Jego portret akurat był teraz pusty.
- Czuję się po raz kolejny jak uczennica. Brakuje tylko kilkorga krzyczących nauczycieli. - Marv usiadła obok przyjaciółki, rozglądając się po gabinecie, miała zbyt wiele wspomnie związanych z tym miejscem.
- Nie przesadzaj. W kocu za moment będzie tu nasza kochana pani dyrektor.
     Właśnie na te słowa do pomieszczenia weszła Minerwa McGonagall. Z zawziętą miną spojrzała na obie kobiety i podniosła wysoko głowę, patrząc na nie karcąco.
- Witam. Nie powiem, że jestem zdziwiona, iż nie witam was przy bramie. Jedynie wy potraficie wejść nie tylko na teren szkoły, ale i do mojego gabinetu. Jest to złamanie dość dużej ilości zasad i praw, nie tylko szkolnych - zauważyła.
- Miło panię widzieć! Dość dawno się nie spotkałyśmy - zaczęła Ces. - Stęskniła się pani za nami?
     Kobieta spojrzała na swój przeszły koszmar i szczerze, wolałaby go już nigdy więcej nie oglądać. Dlatego nie wzywała ich nigdy, przynajmniej do teraz. Chyba wolałaby już gościć Harry'ego i Severusa razem.
- Byłam zmuszona niestety was wezwać. Chodzi oczywiście o Navi oraz Perseusa, choć jestem pewna, iż to nie oni wymyślili cały plan.
- Więc może to nie ich wina? - zaproponowała grzecznie Marley.
- Tak, możliwe, że brali w tym udział przede wszystkim Auriga oraz Marvolo. Zwłaszcza, że substancja bardzo przypomina ostatni twór Gryfona z eliksirów. - Dyrektorka spojrzała uważnie na swe rozmówczynie.
- Co dokładnie zrobili? - spytała zaciekawiona Ces, za co otrzymała przeszywające spojrzenie od siostry.
- Znaleziono ich w Wielkiej Sali, która delikatnie mówiąc, była zdemolowana - przyznała chłodno Minerwa. - Na ścianach nadal wisi część mugolskich tapet oraz plakatów, których nie udało nam się usunąć.
- Mugolskich? A dokładniej? - Ces z przyjemnością słuchała o wyczynach swoich dzieci.
- Panno Snape! To poważna sprawa! W dodatku cała sala, w tym stoły, pokryta była jakąś substancją. Niebieską! Musieliśmy zamknąć pomieszczenie na cały dzień, co utrudniło podawanie posiłków. Cały zamek miał zaburzoną pracę. Za coś podobnego nie może ominąć ich najgorsza kara. Mam nadzieję, że starze dzieci zostaną przez was ukarane, skoro nie mogę udowodnić ich udziału.
- Oczywiście - zapewniła spokojnie Marley. - Zajmiemy się tym, a co do Navi oraz Perseusa...
- Serio, uważa pani, że to jest warte takiej kary? - przerwała jej Ces. - My same kiedyś...
- Ces, nie musisz teraz tego przypominać.
- Ale lubię to robić - odparła z uśmiechem.
- Panno Snape, proszę uważać na słowa. Dobrze, że nie ma z nami dzieci, nie powinno się uczyć ich takich zachowań - złajała ją dyrektorka.
- Że jakie uczyć? One mają to we krwi - odparła z dumą. 
- Ces... Może na razie skończysz, w końcu przyszłyśmy tu, aby porozmawiać o dzieciach, a nie o... innych sprawach - wtrąciła pani Potter.
- Tak, wasze stare przewinienia nie powinny być tematem tej dyskusji. Nie powinniście nawet ich wspominać, choć czasem mam wrażenie, że wasze dzieci próbują wykorzystać stare pomysły na te "przestępstwa", choć nie całkiem im to wychodzi - powiedziała, lekko zmęczonym głosem.
- Aaa, chodzi pani o te centaury rok temu? Marvolo powinien wiedzieć, że to inteligentne stworzenia i jest małe prawdopodobieństwo, że im się uda to wykonać. Centaurów nie można tak łatwo oszukać - przyznała Marley.
- Jednak nigdy nie można było dojść, kto wykonał ten "żart" lata temu, choć to chyba jedno z najgorszych zdarzeń, tamtych lat. Winowajców powinno się było srogo ukarać.
     Kobiety popatrzyły szybko na siebie, próbując ukryć uśmiech. Doskonale wiedziały, kto, jak i dlaczego wykonał ten kawał. i co tu ukrywać miały one spory wkład w przygotowanie całości.
     "Trójka uczniów skradała się bezszelestnie w stronę Zakazanego Lasu. Robili to dość często, jednak tym razem mieli większy i bardziej niebezpieczny cel. Ale zakład to zakład, prawda? Kto jak kto, ale oni nie przegrali by, zwłaszcza, że chodziło o coś tak prostego. 
- Draco, pośpiesz się w kocu - szepnęła jedna z dziewczyn, kierując się na jedną z mniej uczęszczanych ścieżek, prowadzących do lasu. - Nikt i tak za nami nie pójdzie, nie musisz pilnować tyłów.
- Tobie może się tak zdawać, ale wszyscy wiemy, że twój tatuś lubi kręcić się w takich miejscach, Ces. A ja jakoś nie mam ochoty ani na szlaban, ani na kolejną pogadankę.
- Tym się nie przejmuj, słodkie oczy Marv działają nawet na niego, nic nam się nie stanie - zapewniła.
- Chyba, że nasz mały braciszek boi się czegoś innego - zaśmiała się cicho panna Malfoy. - Czyżbyś nadal miał koszmary po pierwszym roku, braciszku?
     Odpowiedziało jej jedynie warkniecie chłopaka, więc cała trójka ruszyła z cichym śmiechem w dalszą drogę. Zakazany Las był im znany aż nazbyt dobrze, lecz czego można się spodziewać po uczniach piątego roku Hogwartu, zwłaszcza po tej trójce. Z zestawienia dwóch Malfoyów oraz jednej Snape, nigdy nie mogłoby wyjść nic dobrego, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi zakład z kilkoma uczniami, za którymi nie przepadają. 
     Znalezienie legowiska akromantul nie było trudne. Ale już jak wykurzyć je z jaski nie narażając się samemu, było trudniejsze. Przynajmniej tak sądził chłopak, dopóki nie zauważył jak Ces wspina się po jednym z wyższych drzew, a Marley idzie tuż za nią. 
- Ces, coś ty wymyśliła? - szepnął, starając się zachowywać jak najciszej.
- Nie marudź, tylko chodź tu i zacznij się wspinać - odwarknęła do niego, zasiadając już na jednej z grubych gałęzi.
     Chłopak nie mając wyboru zrobił tak jak mu kazano. Wiedział doskonale, że w tym przypadku nie miał się co kłócić, oczywiście o ile chciał przeżyć tą noc. Bo pomysły Ces były zwykle niebezpieczne, czasem aż za bardzo.
- Czasem cieszę się, że tu jesteś Marley. Jedynie ty możesz powstrzymać tą wariatkę - powiedział cicho do dziewczyny, siadając blisko niej.
- No nie wiem, nie wiem. Chyba tym razem mi się to podoba. Raczej nie przerwę tej zabawy - odpowiedziała z uśmiechem.
     Blondyn westchnąwszy, zaczął przyglądać się co ta szalona Krukonka wyprawia z różdżką. Trudno było zauważyć szlak dziwnych oznaczę prowadzących przez całą szerokość i długość ścieżki. Już miał spytać się o co chodzi, gdy z jaskiń zaczęły wychodzić pierwsze potwory. Nikt nie lubił pająków, zwłaszcza on, lecz czego nie robi się dla wyższych celów. W kocu nie mógł zostawić swoich siostrzyczek samych.
     Gdy duża część kreatur zebrała się niedaleko z nich, Ces machnęła sprawnie różdżką, co spowodowało zapalenie się pierwszej flary. jednak potem wszystko wydarzyło się zbyt szybko, by ktokolwiek mógł przewidzieć koniec tego wybryku. No może za wyjątkiem Cassiopei, która z samozadowoleniem oglądała swoje dzieło. Wszystkie pająki zaczęły uciekać wzdłuż ścieżki, gonione coraz to kolejnymi flarami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby ścieżka nie prowadziła wprost na błonie, a jak się później okazało, nawet do zamku.
     Cała trójka, gdy tylko mogła spoglądać na to dzieło z ziemi, ruszyła okrężną drogą do zamku. Trudno było przeoczyć kilkanaście akromentul kręcących się przy drzwiach zamku, a nawet na korytarzach. Bo cóż, któż zapomniał przez "przypadek" zamknąć drzwi.
- Długo to planowałaś? - spytał w końcu Smok, gdy  wspinali się po schodkach do bocznych drzwi.
- My planowałyśmy - poprawiła go Ces. - Marv specjalnie sprowokowała kilkoro naszych "ulubionych" uczniów, a ja tylko zajęłam się sprawami technicznymi.
- To było... Sam nie wiem jak to określić - wyznał chłopak.
- Było po prostu łatwe, nawet nazbyt. W końcu kto mógłby nas pokonać - zaśmiała się Marley.
- Jeśli ktokolwiek z nauczycieli dowie się o tym...
- Proszę cię, Draco. nie znasz mnie? Chyba powinieneś wiedzieć, że nie daję się zbyt szybko wykryć. 
- Tak, ale mimo wszystko...
- Nie zapeszaj - złajała go. - Od dziś możesz do mnie mówić "Panno Idealna".
     Blondyn jedynie fuknął na jej słowa, choć po cichu musiał przyznać rację. Nigdy nikt nie dowiedział się, kto wygonił pająki z lasu, choć McGonagall miała oczywiście swoje podejrzenia. Co więcej, przez tygodnie ludzie śmiali się na widok Weasleya, który tak bardzo skompromitował się tamtej nocy. Nie było nic lepszego od pogrążenia Ronalda i całej Złotej Trójcy."
     Pani Potter potrząsnęła delikatnie głową i zwróciła się do dyrektorki, która spojrzała na nią podejrzliwie.
- Och te dzieci, powinny wiedzieć, że na centaury nie zadziała siła, a jedynie... 
     Brunetka zamilkła szybko widząc spojrzenie dawnej nauczycielki. Chyba lepiej było pomilczeć choćby przez chwilę. W końcu robiła już dużo o wiele gorszych rzeczy przez te wszystkie lata. Lecz oczywiście Ces, nie mogła zamknąć się w tym momencie.
- Och, nie ma co narzekać, przynajmniej nie wysadzili żadnej klasy, prawda? - zażartowała, jednak widząc, że Minerwa chce już coś powiedzieć, dodała: - Bo chyba to był najgorszy żart, którego nie rozwiązano. Przynajmniej ja tak to pamiętam, lecz w tamtym okresie byłam tak zajęta...
- Snape, nadal sądzę, że to byłaś ty i mimo wszystkich sprzecznych dowodów poniosłabyś karę. Masz niebywałe szczęście, że Potter i Wertus za ciebie poręczyły, gdyby nie to zapewne do końca szkoły odbywałabyś szlaban - przypomniała starsza kobieta.
- No wie pani co? Ja przecież nic nie zrobiłam, niewinna jestem...
- Ces. 
     Marv nie musiała mówić dużo by uciszyć przyjaciółkę. Była Krukonka, na szczęście dała sobie spokój, bo przecież powinna bronić własnego honoru, choć może i nie była tak niewinna jak obstawiała, jednak mimo wszystko nikt jej nie wydał. Choć wtedy było blisko, tak bardzo blisko...
     "Cassiopeia Snape stała spokojnie w gabinecie dyrektorki wysłuchując jej kolejnej tyrady. Dobrze wiedziała, że w tym momencie nie najlepszym pomysłem byłoby przerwanie jej, trzeba po prostu poczekać na dogodny moment. Zwłaszcza, że Marley ja zawsze stała tuż przy niej. Razem jakoś wydostaną się z tej sytuacji, przecież nie może być aż tak źle, prawda? Nie trafiłaby do Ravenclawu, gdyby była idiotką. W końcu, gdy McGonagall uspokoiła się na moment, Ces wykrzyczała:
- Ale to nie moja wina! Nie zrobiłam tego!
- Czyżby, panno Black? A kto inny mógł w nowy wysadzić klasę w lochach? I zatuszować to aż do rana? Nie mówiąc już, że wybuch uszkodził sufit, przez to zapadła się podłoga górnego pomieszczenia! Ktoś mógł zginąć! - zaczęła na nowo krzyczeć.
- Ale ja mam alibi! Każdy to potwierdzi! - upierała się nastolatka, myśląc nad dobrym pretekstem.
- Och, tak? W takim razie gdzie byłaś? - spytała Minerwa, pewna swego zwycięstwa.
- Ja...
- Spędziła noc u przyjaciela - wtrąciła szybko Marley. - Chyba nie muszę tłumaczyć co robili, a to nie jest zabronione.
     Nauczycielka zarumieniła się lekko, a Ces już czuła to zwycięstwo, jedynak szybko zrzedła jej mina.
- Więc byłaś z nią całą noc u tego "przyjaciela"? - dopytywała, wprawiając Gryfonką w zakłopotanie.
- Nie, ja... Widziałam jak rano wróciła i w jakim była stanie, w dodatku mówiła mi dokąd idzie - próbowała się wybronić, jednak nie dawało to efektu.
- Więc nikt nie może potwierdzić, tego co mówisz? Coś mi się wydaje, panno Snape, że tym razem nie uda się pani mnie oszukać - powiedziała triumfalnie.
     Ces zagryzła delikatnie policzek od środka, aż w końcu wpadła na pewien pomysł. To była jej ostatnia deska ratunku.
- Spędziłam noc z Croyance! - wykrzyknęła w koncu.
     Nauczycielka oraz Marley spojrzały na nią dziwnie, choć ta druga szybko się opanowała. W końcu musiała grać dalej swoją rolę. McGonagall również szybko otrząsnęła się z szoku i spytała poważnie:
- Czy potwierdzisz to przy swoim ojcu? A co najważniejsze, czy panna Wertus to potwierdzi?
- Oczywiście - potwierdziła bez zająknięcia Ces.
- Panno Malfoy, prosze przyprowadzić profesora Snape'a! Ja tymczasem wyślę wiadomość do Croyance.
     Nie minęło nawet pięć minut, a Marv wróciła do gabinetu z podejrzliwym Severusem. Domyślał się, że jego "córka" odpowiedzialna jest za zniszczenia powstałe w lochach... A był pewien, ze lepiej nauczył ja zacierać ślady.
- Minerwo. Cassiopeio. Mogę dowiedzieć się, co tym razem się stało?
- Poczekajmy jeszcze na pannę Wertus, jestem pewna, że ona także powinna być obecna przy tej rozmowie.
     Ślizgonka pojawiła się tuż po chwili i widząc zgromadzone towarzystwo, spięła się lekko. Jednak wystarczyło jedno spojrzenie na przyjaciółki, a wiedziała, że przedstawienie zaczęło się już wcześniej bez niej, a ona nie zna swej roli.
- Dobrze, że już jesteś, Croyance? Nie byłam pewna czy odbierzesz wiadomość - zaczęła profesorka.
     Czerwonowłosa prychnęła w duchu, nie była idiotką, potrafiła jeszcze poradzić sobie z patronusem. Ale skoro reszta jest grzeczna, ona też powinna.
- Naturalnie, pani profesor. Mogę wiedzieć co tu robię?
- Ja także chciałbym się tego dowiedzieć - wtrącił Mistrz Eliksirów.
- Chciałam zadać tylko jedno pytanie. Gdzie spędziłaś noc? - spytała zbyt miło jak na nią.
     Croy rozejrzała się po twarzach zebranych, aż w koncu westchnęła i przyznała:
- Spedziłam ją z Cassie.
     Severus nie zdążył opanować zdziwionej miny.
- A co robiłyście? - dopytywała lekko zbita z tropu Minerwa.
- Nie wiem jak to ująć, ale nie wdając się w szczegóły... uprawiałyśmy seks. Chyba, że chce pani szczegóły... - dodała niepewnie po chwili.
     McGonagall zaniemówiła, stojąc przed zgromadzonymi z otwartą buzią. Severus z cierpiętniczą miną nachylił się bliżej córki.
- Co to ma być? - warknął.
- Wolisz wersję, że wysadziłam klasę i nie potrafiłam zatuszować śladów, czy że sypiam z Croy? - Ces uśmiechnęła się słodko.
     Severus wyprostował się i spojrzał ironicznie na Ślizgonkę.
- Witam w rodzinie, Croyance.
     Do końca spotkanie McGonagall nie odzywała się zbyt wiele i po chwili wypuściła całą trójkę. Gdy tylko oddaliły się na bezpieczną odległość, wybuchły śmiechem. Po twarzy Ces poleciało kilka łez, które szybko wytarła.
- Nie wiem jak my to zrobiłyśmy - przyznała, między napadami śmiechu.
- Podziękuj Marv, to dzięki niej wiedziałam co mówić. Ty oczywiście nie dałaś żadnej wskazówki - przyznała Ślizgonka, powoli uspakajając się.
- Starałam się! - krzyknęła Ces. - Co poradzę, że ten mały smark jest w tym lepszy?
- Ej - oburzyła się dziewczyna, jednak po chwili lekko uśmiechnęła. - Nie znoszę was.
     We trzy po raz kolejny wybuchły śmiechem i przytuliły się. Ciągle tkwiąc w uścisku, można było dosłyszeć lekko zrezygnowany głos Croy:
- Czyli teraz raczej nici z randki z tym nowym Krukonem z siódmej klasy...
     Odpowiedział jej tylko gromki śmiech."
     Widząc nieznaczne uśmieszki ze strony swych rozmówczyń, dyrektorka nie mogła powstrzymać się od komentarza.
- Cokolwiek byście nie powiedziały i tak wiem, że to wy za tym stoicie. Nikt inny nie byłby na tyle głupi i na tyle odważny by to zrobić. Nawet Potter - podkreśliła, jakby miało to największe znaczenie.
- Wiec schodzimy teraz z rozmową na temat mojego męża i jego wybryków? - spytała Marley, poprawiając się na krześle. - Jeśli tak, to czeka nas dłuższa rozmowa.
- Nie, oczywiście, że nie. Chciałam was zawiadomić o karze, dla Navi oraz Perseusa. Może nie jest ona największa, ale są oni dopiero uczniami pierwszej oraz drugiej klasy i postanowiłam ukarać ich tym samym systemem co ich równolatków. Dlatego spędzą cztery weekendy z Hagridem z lesie. Będą pracować tam przede wszystkim wieczorami, jednak także w dzień. Zbieranie ziół, naprawa uszkodzeń, pomoc przy zwierzętach. Gdyby byli starsi dostali by o wiele gorszą karę, dlatego mam nadzieję, że dacie radę zając się Aurigą oraz Marvolo. Jedynie Taurus nie brał w tym udziału, tego jestem pewna. Jest już za dorosły na takie wybryki - powiedziała dumnie, jednak widząc zdziwiony wzrok kobiet, dodała: - Był widziany całą noc w bibliotece i może to potwierdzić klasa zaawansowana Numerologii. Cała noc siedzieli nad jakimś równaniem.
     Ces wybuchła śmiechem nie mogąc się powstrzymać. Tak, jedynie to mogło przekonać dyrektorkę, że Ślizgon nic nie zrobił. Potwierdzenie grupy ludzi trudno obalić.
- Zajmiemy się resztą dzieci, nie powinny robić tego nigdy więcej - zapewniła pani Potter.
- Dobrze, że w swoich działaniach są tak samo nieudolni jak Potter. Gdyby miały wasze zacięcie... Nie chciałabym mieć ich wszystkich pod jednym dachem w szkole - przyznała Minerwa, uśmiechając się lekko.
     Uśmiech jednak szybko spełzł jej z ust, gdy tylko w oddali rozległ się wybuch. Trzy kobiety spojrzały po sobie, ale to McGonagall pierwsza zerwała się na równe nogi. Zaraz po niej wstały Ces i Marv, niepewne co mają zrobić. 
- Chyba będę musiała sprawdzić co się stało - przyznała dyrektorka, kierując się w stronę drzwi. - Mam nadzieję, że udało nam się omówić każdy aspekt tego zdarzenia i wszystko jest już jasne. Nie chciałabym wzywać was po raz kolejny.
- Rozumiemy, pani profesor. - Marley uśmiechnęła się lekko i także ruszyła w stronę drzwi. - Dziękujemy, że była pani tak wyrozumiała.
     Pani Potter wiedziała, że coś jest nie tak, gdy tylko ujrzała uśmieszek swojej towarzyszki. Wolała ewakuować się z pomieszczenia jak najszybciej.
- Do wiedzenia, pani dyrektor - rzuciły jeszcze obie, szybko oddalając się od gobelinu.
     Dopiero, gdy były na ścieżce wiodącej ku bramie, Marv spojrzała na Ces.
- Coś ty zrobiła? - szepnęła, niepewna czy chce poznać odpowiedź.
- Och, nic takiego. Małe zamieszanie na boisku. - Machnęła ręką w stronę błoni.
     Kobieta spojrzała we wskazanym kierunku i roześmiała się. Po chwili dołączyła do niej panna Snape. Czyż widok biegnącej McGonagall nie jest wprost komiczny? Zwłaszcza, że czeka ją trochę sprzątania, gdyż z oddali było widać dym unoszący się znad boiska. A krater tam powstały miał dobre kilka metrów. 
     Rada na przyszłość, nie wkurzaj, ani nie zanudzaj panny Snape. To nigdy nie kończy się dobrze, zwłaszcza jeśli koło niej jest pani Potter.


niedziela, 15 lutego 2015

12. "Fanfiction..."

#Supernatural #Sezon10 #One-shot #K #Family #Humor #DeanWinchester #SamWinchester
Witam,
Wiem, ze obiecałam coś o innej tematyce, jednak znalazłam swój pierwszy tekst z SPN, pisany jeszcze w grudniu. Sama nie wiem jak go oceniać, bo była to moja pierwsza próba tego typu, jednak jest on inspirowany odcinkiem piątym.

Co do kolejnych tekstów, mam napisanego Sherlocka, jedynie muszę go przepisać. Wczoraj spędziłam cały dzień w Toruniu i nie mogłam niestety tego zrobić, ale postaram się jak najszybciej to opublikować.

Miłego czytania,
Croy


- Dean? Co ty robisz? - spytał zaskoczony Sam, przyglądając się dziwnemu zachowaniu brata.
Mężczyzna spojrzał na niego zamyślony i odpowiedział pytaniem na pytanie:
- Pamiętasz naszą ostatnią sprawę we Flint w Michigan?
- Trudno byłoby ją zapomnieć. Nie co dzień ogląda się przedstawienie o własnym życiu, chyba, że chodzi ci o Kalliope – dodał szybko.
Dean zgromił go wzrokiem, po czym sięgnął po laptop. Włączając go odparł:
- Oczywiście, że o przedstawienie, jednak bardziej o fakt, że ono powstało. Nigdy nie myślałem, że po przerwaniu serii zostaną jacyś fani, a z tego co mówiła Marie, trochę ich jest...
- Chodzi ci o Destiel? - Sam zaśmiał się, siadając. - Okej i co chcesz zrobić z tym dalej?
- Wpisałem właśnie hasło do wyszukiwarki i patrz co znalazłem. - Odwrócił ekran w stronę brata. - Tego są tysiące! - zauważył ze zgrozę.
- A czego się spodziewałeś? Może i książki Chucka nie są zbyt popularne, ale już od jakiegoś czasu wiedzieliśmy, że ktoś jednak to czyta. W końcu, gdy dowiedzieliśmy się o tej serii sam widziałeś te komentarze...
- Stop. Lepiej zobaczmy co tu jest...
Obaj spojrzeli na listę wyników, gdzie mimo wszystko królowało Destiel. Dean odwracał wzrok, nie mogąc już czytać nawet krótkich opisów, jednak w końcu coś zauważył.
- Czekaj Sammy, chyba coś mam!
Cofnął o kilka wyników i kliknął na stronę. To co tam ujrzał po raz pierwszy zmusiło go do śmiechu. Nie w humorze był za to Sam, który próbował wyrwać bratu laptop.
- Nie wiem o co ci chodzi Dean. W końcu łączenie ciebie i Castiela jest gorsze...
- Nie, Sammy, nie jest gorsze. Sabriel! - Mężczyzna wybuchł po raz kolejny śmiechem, nie mogąc się po raz kolejny opanować. - Ty i Gabriel!
Sam przyglądał się swojemu niezrównoważonemu bratu, gdy w końcu zamknął ową stronę. Nie było mu zbytnio do śmiechu, ale nie mógł powstrzymać wyobraźni innych. Może gdyby te książki nie istniały... Próżne nadzieje.
- Może podyskutujemy o zgłębianiu motywu Destiela? Wiesz, bardzo mnie zaciekawiły niektóre z tych opisów.
Zielonooki momentalnie się uspokoił i odniósł laptop do torby. Tam będzie bezpieczny jak na razie. Ale teraz miał za to sposób na dręczenie swojego młodszego braciszka.
- Porozmawiamy o tym, jak ty będziesz chciał pogadać o swoim „związku” z Gabrielem – wytknął mu.
- Palant – wymamrotał pod nosem młodszy z braci.
- Suka! - rzucił automatycznie Dean, rozkładając się na kanapie.
- Niedługo zwariujemy siedząc w tym pokoju, masz ochotę na nową sprawę – zaproponował Sam.
- Taa. - Dean głęboko ziewnął. - Ale daj mi się jeszcze trochę przespać, weźmiemy się za to jutro.
Oboje pokiwali twierdząco głowami. Nowa praca była im potrzebna, ale musieli chwilę odetchnąć. Siedzenie w hotelu czy bunkrze nie było dla nich dobre, zwłaszcza teraz. Po raz kolejny mieli być oni dwaj, przeciwko całej reszcie. I bardzo im tego teraz brakowało.

niedziela, 8 lutego 2015

11. "My Supernatural Life" Sam cz.3

#Supernatural #Sezon1 #Cykl #Drabble #K+ #Friendship #Family #Drama #SanWinchester

Witam,
Przyznam, że i ten tekst wstawiam na szybko i jest to kolejna część cyklu drabbli. Ostatnio mam mało czasu, choć pomysłów mi nie brakuje. Dlatego za tydzień postaram się dodać coś o innej tematyce, może Sherlock? Jak sądzicie?

Tym razem dziewiąty odcinek zawiera drabble, drouble i dribble... Sami zobaczcie dleczego ;)

Miłego czytania,
Croy



Człowiek z hakiem
„Ludzie wokół mnie umierają...” Nie tylko Lori może to powiedzieć. W końcu i za mną ciągnie się tak wiele śmierci... Zbyt wiele. Każda z nich leży na moim sumieniu, nie mam wytłumaczenia w postaci ducha.
Moralność, wszystko obraca się wokół tego jednego słowa. Rozpusta, zdrada, wina... A czy moje pocałunki z nią nie były przekroczeniem granicy? Nie minęło dużo czasu od odejścia Jess, a moje zachowanie jest nie na miejscu.
Dlatego nie mogłem tam zostać. Musimy ruszyć w drogę i spełnić nasze zadanie. Mam nadzieję, że powtarzając to sobie, w końcu w to uwierzę. Ale jaka jest na to szansa.

Robale
Nigdy nie można wykluczyć wszystkich możliwości, czasem te najbardziej absurdalne okazują się być prawdziwe. Klątwa rzucona dwieście lat wcześniej czy uczucia mojego ojca... sam nie wiem co już jest właściwe.
Cieszę się, że Dean powiedział mi co robił tata przez te lata, gdy byliśmy rozdzieleni. Dbał o mnie? Nie jestem pewien, jednak sprawdzał jak sobie radzę. Pomimo naszej kłótni i ostrych słów, nie znienawidził mnie. To trochę dziwne.
Życie w rodzinie łowców nie jest łatwe, zwłaszcza jeśli wolisz normalną egzystencję. Szkoła, praca, żona... Teraz nie jest to ważne. Nie można cofnąć czasu czy wskrzesić Jess. Teraz ważne jest tylko polowanie.

Dom. Sam
Moje koszmary okazują się prawdą... Nie dziwię się, że Deana to martwi. Sam nie jestem zachwycony. Jednak czy to wysoka cena za życie całej rodziny?
Nie pamiętam domu, nigdy tam nie wracaliśmy, nie mówiliśmy o „tamtej” nocy zbyt wiele. Dopiero po dwudziestu latach dowiaduję się, że to Dean mnie uratował. Teraz nie dziwi mnie jego troska.
Czy Missouri ma rację, to mój dar? To, że wyczułem i mogłem zobaczyć mamę, cy to niezwykłe? Jedynie zdjęcia przywołują mi jej obraz, teraz wiem, że nas kochała, troszczyła się. Tak jak troszczy się o nas tata, nawet jeśli go przy nas nie ma.

Dom. Dean
Powrót do domu był jednym z najgorszych przeżyć w moim życiu. Obiecałem, że nigdy nie wrócę, nie po tym... wszystkim. Jednak znów być w tym miejscu, tam skąd mam wspomnienia o mamie, było niezwykłe.
To zawsze będzie masz dom, Lawrence. Mimo, iż od tak dawna nie pojawiamy się w nim. Tu zmarła mama, tu zmienił się tata, ciągnąc nas za sobą. Czy gdybyśmy nie byli łowcami, ta rodzina by zmarła? Na pewno nie moglibyśmy ponownie zobaczyć mamy.
Pamiętam ją z dzieciństwa, ze zdjęć, choć wszystko jest wyblakłe. W tym domu, gdy ukazała się z ognia... Nidy nie liczyłem, że ujrzę ją jeszcze raz. Na pewno nie w ten sposób. Jej uśmiech, czułość w jej wzroku, nie widziałem czegoś podobnego od lat. Takie spojrzenia nie są mi posyłane zbyt często... wcale. Jednak żałuję, że się poświęciła. Nie chroni już domu, nas... Lecz w końcu, po tylu latach, ma spokój.
Wiem, dlaczego mimo upływu czasu tata nadal szuka. Nie może pogodzić się ze stratą ukochanej, tak jak ja ze stratą matki. Chciałbym by była przy mnie w najważniejszych momentach życia, by wspierała choćby uśmiechem.
Czasu nie można cofnąć, lecz mam Sama i tatę. To oni są najważniejsi i nic tego nie zmieni.

Dom. John
Spotkanie chłopców... Jeszcze na to za wcześniej. Jednak widząc ich, mam ochotę po prostu tam podejść, być przy nic. Obaj tego potrzebują.
Prawda... Gdy tylko ją poznam, na nowo pojawię się w ich życiu. Sam tego potrzebuję, tak długo byliśmy rozdzieleni. Razem jednak nie rozwiążemy sprawy, a ona jest priorytetem.


niedziela, 1 lutego 2015

10. "Symbol walki..."

#IgrzyskaŚmierci #Ogólne #One-shot #K #Angst #Family #PrimEverdeen
Witam,
Dziś na szybko i krótko. Mój pierwszy tekst z Igrzysk Śmierci. Nie jest on doskonały, ani nawet dobry. Nie sprawdzony, napisany na ostatnią chwilę. Dostałam propozycje co do tej tematyki i nie mogłam się powstrzymać. Sami zdecydujcie jak to odbierać ;)
Za tydzień nie wiem co opublikuje. Ostatnie drabble chyba niezbyt się spodobały (zero komentarzy), a mam ich jeszcze sporo (ponad 10 już gotowych). jednak mam też kilka innych tekstów, które mogą się pojawić. Sama jeszcze nie wiem...

Croy



 Widziałam ją wtedy po raz ostatni. Ubrana w zieloną, letnia sukienkę patrzyła wytrwale jak Peeta zgłasza się na ochotnika w zastępstwie za Haymitcha. Nie pozwolono mi się pożegnać jak za pierwszym razem, a miałam jej tak wiele do powiedzenia. Mojej ukochanej siostrze...
Tym razem nie chcę płakać, wiem, że na nic mi się to zda. Jednak łzy same płyną, torując sobie drogę, by po chwili zniknąć w kłębach blond włosów. Katniss zawsze zdawała mi się być piękniejsza, przez laty zazdrościłam jej tego. Zawsze byłam o coś zazdrosna, ale jednocześnie zawsze podziwiałam ją i kochałam najbardziej na świecie, a co najważniejsze rozumiałam. Zgłosiła się za mnie do Igrzysk i wygrała. A teraz przeze mnie nie miała wyboru, jednak sama jej obecność, postawa pokazała już na co ja stać. Sprawiła, ze wszystko ożyło i to jest tu najważniejsze.
Wiem, że była moją siostrę, lecz mimo to nie potrafię postrzegać jej w tej roli. Odkąd pamiętam była dla mnie jak matka. Gdy odszedł tata, my również znalazłyśmy się na drodze do grobu. A jednak to Katniss sprawiła, że udało nam się przetrwać. Oczywiście, kocham swoją mamę, jednak to nic nie zmienia. Rozumiem, że śmierć taty załamała ją, wszystko to było ponad jej siły, jednak miała jeszcze nas, swoje dzieci. Czy nie powinna się dla nas starać? Jednak wszystko w moim życiu zawdzięczam Katniss.
Można mnie potępiać, za to co czuję. Lecz nawet choroba matki nie zmieni tego, że najbardziej kocham swoją siostrę. Podobnie tym razem, jestem pewna, iż postara się wygrać Igrzyska. Ale tym razem jej szanse są niemal zerowe, nie ma już tego zaskoczenia, jak rok temu. Ja to wiem i ona również. A mimo to, gdy rozmawiałyśmy po raz ostatni uśmiechnęła się do mnie i po prostu kazała dbać o mamę, jakbym to ja stawała się w tej chwili głową rodziny.
Nie chciałam oglądać ich zmagań na arenie. Robiłam to za pierwszym razem i nie potrafiłam po raz kolejny przechodzić, przez coś podobnego. Mimo to słyszałam komentarze innych. Katniss radziła sobie jak mogła, choć coraz większa brutalność Igrzysk... Nie potrafiłam znieść tego widoku, a miałam przecież być dzielna. Potem wszystko działo się za szybko, rzeczywistość stała się zbyt straszna, by móc w nią uwierzyć.
Nadal pamiętam obraz umierających ludzi, moich sąsiadów, osób, które dobrze znałam. Jednak najbardziej wyrył mi się w pamięci moment, gdy po raz kolejny ujrzałam moją siostrę. Była ranna, nieprzytomna, słaba... A ja jednak odetchnęłam z ulgą. Jej widok dawał mi nadzieję, że wszystko będzie dobrze, że gdzieś tam w przyszłości czeka w końcu nasze szczęście. Bo Katniss była Kosogłosem, symbolem walki i zwycięstwa. Była moją opoką, wiedziałam, że gdy tylko będzie przy mnie, nie spotka mnie żadna krzywda. Choćbym nie wiem co miało się wydarzyć wierzę w nią. Bo ona jedyna może zakończyć tą wojnę...

środa, 28 stycznia 2015

9. "My Supernatural Life" Sam cz.2

#Supernatural #Sezon1 #Cykl #Drabble #K+ #Friendship #Family #Drama #SamWinchester
Witam,
To już ostatni środowy tekst jak na razie. Wracam do zwykłego publikowania co tydzień w soboty. Tym razem przychodzę z dalszym ciągiem drabbli do Supernatural. Przypominam: 1 drabble = 1 odcinek (plus jeden dodatkowy od innej postaci). Nie wiem jak drugi sezon, ale pierwszy poświecę cały z perspektywy Sama. Chyba go lubicie, prawda?
Nie mam pojęcia, jaki tekst wstawię w sobotę. Chcielibyście jakiś konkretny? I dziękuje za głosy w ankiecie, teraz przynajmniej wiem, co lubicie.
Do napisania,
Croy




Tajemniczy podróżnik
Nawet najtwardsi ludzie mają swoje słabostki i lęki, choć czasem trudno w to uwierzyć. Spotkało to w końcu Deana, ostatnią osobę, którą bym o to podejrzewał. Latanie. Samoloty... Kto podejrzewałby go o ten lęk, gdy zabija każdą kreaturę na swojej drodze? Jest łowcą, osobą, która widziała w życiu zbyt dużo, a jednak posiada tak „zwyczajną” słabostkę.
Z jednej strony pociesza mnie to. Dowodzi, że nawet on nie jest idealny, potrzebuje wsparcia. Nie jestem jedynym bratem mającym swoje koszmary. Nie ważne mniejsze czy większe. Jednak on to przezwycięża, wie kiedy odpuścić. Mi trudno zapomnieć o przeszłości, to nie znika tak łatwo.

Krwawa Mary
Mając swoje tajemnice, te najgłębsze, trudno wybaczyć sobie wszystko. Zwłaszcza czyjąś śmierć. Nic nie powinno być sekretem, nie takim.
Moja tajemnica dotycząca Jess, moja wina była tu potrzebna, lecz omal nas nie zabiła. Wyśniłem to, nie zapobiegłem tragedii. To powinien być mój koniec. Choć widząc cierpienie innych „niewinnych” zbrodniarzy powstaje pytanie: „Kiedy należy sobie wybaczyć? Czy w ogóle można?” Koszmar budzący w noc w noc, jej imię wykrzyknięte w ciemność, nadzieje, że kiedyś uzyskam przebaczenie. Czy to ma sens?
Tak jak Mary szukam sprawiedliwości, tak jak powinienem szukać winnych i zemsty. Tylko gdzie to znaleźć, skoro nie ma żadnych śladów...

Skóra
Nikt nie jest już sobą, nie ma prywatności, osobowości. Pozostaje jedynie żyć w nadziei, że dokona się swego żywota w spokoju.
Dwie osoby, jedna skóra i wspomnienia. Czy to nie dziwne jak łatwo potwór może zniszczyć czyjś świat i marzenia? Zwłaszcza, że wplątani są w to moi przyjaciele. Czy nie można by oddzielić tych żyć? Łowca kontra zwykły człowiek? Czy wymagam tak wiele?
Przynajmniej teraz wiem by bardziej doceniać brata. Ma on tak samo wiele tajemnic jak ja, choć zwykle o tym zapominam. Nie można oddzielić tych egzystencji ani osób z nimi związanych. To zawsze dopada człowieka w ostatniej chwili.

Skóra. Dean
Dopiero teraz, widząc Sama ze starą przyjaciółką uświadomiłem sobie co stracił. Z jakiego życia musiał zrezygnować, porzucając Stanford po śmierci Jessicy.
Wiem, ze w dużej mierze to moja wina. To ja ściągnąłem go do szukania taty, przeze mnie zostawił dziewczynę samą. Kiedyś porzucił rodzinę by zacząć żyć inaczej, a teraz do tego wraca.
Sam musiałem zrezygnować z wielu pragnień by zostać przy tacie. Ale patrząc na Sama, gdy męczy się z koszmarami, żałuję swojej decyzji. Nigdy nie powinienem wchodzić do jego domu, wciągając w niebezpieczeństwo.

Może gdybym tego nie zrobił wszystko skończyłoby się inaczej? Czy samotność byłaby aż takim utrapieniem?

sobota, 24 stycznia 2015

8. "Kolejny głupi żart..."

#Sherlock #Cykl #One-shot #Sezon3 #T #Angst #Drama #Family #Tragedy #SherlockHolmes #MycroftHolmes #GregLestrade
Witam,
Nadszedł czas na ciąg dalszy miniaturki o Sherlocku. >Część Pierwsza< W gruncie rzeczy, miałam to podzielone na pół (sami zobaczycie dlaczego), lecz i tak czeka jeszcze jedna część. Tematyka podobnie jak wcześniej, kto czytał ten wie. Może znów jest smutno, lecz kontynuuje ten wątek. Przyznam, że mimo wszystko jestem dumna z tej "trylogii" Sherlocka.

Kolejny raz opublikuje w środę drugą część drabbli z Supernatural. Nie wiem co będzie dalej, wszystko zależy na co przyjdzie wena. Jednak piszę i to jest najważniejsze. Dziękuję też za wszystkie propozycje.

Croy

Z dedykacją dla siostrzyczki. 
Ces, powiedziałaś, że podoba ci się mimo tematyki ;)


 Kamery na Baker Street przestały działać. Był to sygnał dla techników, by powiadomić Mycrofta Holmesa, ten jednak, będąc zajętym, nie przejął się zbytnio. Sherlock jak małe dziecko szukał uwagi innych ludzi, zwłaszcza teraz, gdy wszyscy chcieli odpłacić mu za kłamstwa i nieobecność. Mógł wysłać do mieszkania Antheę, jednak ona sama była mu potrzebna w trakcie spotkania dyplomatycznego. Dwóch agentów powinno wystarczyć, dadzą oni odpowiedni wykład jego młodszemu bratu, a potem wysłuchają jego skarg. Nowe kamery natomiast zostaną założone za kilka dni, gdy tylko Sherlock opuści na chwilę mieszkanie.
Cała procedura trwała trochę dłużej niż zwykle, nie było powodu się śpieszyć tylko dlatego, że jeden detektyw konsultant się nudził. Choć Mycroft nie wiedział, że nawet te minuty niczego by nie zmieniły. Wrócił on szybko na spotkanie, w końcu to było teraz najważniejsze.
Pierwsza przesłanka, że coś jest nie tak nadeszła piętnaście minut później, gdy Anthea została wywołana na zewnątrz. Spojrzała na swojego pracodawcę, a ten jedynie kiwnął głową. Jeden z agentów podał jej telefon, gdy tylko wyszła na korytarz. To była druga rzecz, która zszokowała asystentkę. Z osłupieniem słuchała raportu agenta posłanego na Baker Street.
– Zdemolowane mieszkanie... Ciało na środku pokoju... Strzykawki... Brak oznak życia... Karetka jest w drodze... Nic nie da się zrobić... Zbyt duża dawka.
Kobieta usiadła na pobliskim krześle. Nigdy nie była emocjonalna, to dlatego zyskała tę pracę. Miała opinię najbardziej zimnej i rozsądnej asystentki w całym Pałacu Buckingham. Jednak to było dla niej za wiele. Czekała z telefonem przy uchu na pojawienie się karetki. Nie potrafiła teraz wywołać pracodawcy, skoro nie miała wszystkich danych. Nie potrafiła mu tego powiedzieć.
Karetka przyjechała kilka minut później. Dziewczyna słyszała sygnał w słuchawce i nerwowe głosy w tle. Aż w końcu agent po drugiej stronie po raz kolejny się do niej odezwał.
– Stwierdzono zgon, wzywają policję... Trzeba wykluczyć udział osób trzecich... Potrzebna jest rodzina w sprawie formalności...
Odkładając telefon, odetchnęła głośno i próbowała przywołać swój profesjonalny spokój. W końcu nie znała Sherlocka, jego... śmierć nie powinna mieć na nią takiego wpływu, nie powinna... Kiwnęła na jednego z czekających agentów i zduszonym głosem wyszeptała:
– Wywołaj Mycrofta Holmesa.
Mężczyzna odszedł na chwilę, po czym wrócił ze zdenerwowanym Holmesem. Miał on znudzony i wkurzony wyraz twarzy. Jakby to, iż musiał wyjść z tak ważnego spotkania, było zbrodnią. Kobieta wstała, jednak nie mogła spojrzeć mu w oczy.
– O co chodzi, Antheo? Muszę wracać na rozmowy – powiedział wyniośle.
– Na Baker Street... – zaczęła dziwnym głosem.
– Co tym razem zrobił Sherlock? Jestem pewien, że trochę pieniędzy tu i tam zatuszuje każda sprawę. W końcu każdy ma swoją cenę. A jeśli coś zniszczył, to masz telefon do fachowca. Zajmą się tym w kilka godzin – polecił i chciał już odejść, gdy usłyszał:
– Przedawkowanie...
– Słucham? – Mężczyzna odwrócił się nagle w jej stronę.
– Pański brat... Przedawkował. Lekarze stwierdzili już zgon, czekają teraz na oddział policji, który ma wykluczyć udział osób trzecich. – Z każdym słowem głos załamywał jej się coraz bardziej.
– Jeśli to kolejny żart z jego strony...
– Dostałam potwierdzenie. Trzeba co prawda zbadać ciało, lecz rzeczy znalezione...
Anthea załamała się i po raz kolejny usiadła na krześle, zamykając oczy. Mycroft zatoczył się lekko, jedynie refleks agentów pozwolił mu zając miejsce tuż obok asystentki. Sherlock... To niemożliwe. Zapewne jego kolejny żart, podobnie jak w wypadku samobójczego skoku. Kolejne przedstawienie, aby tylko zwrócić na siebie uwagę.
– Czekają na jakąś rodzinę – wydusiła kobieta.
– Jedziemy – nakazał Holmes wstając. – Jestem pewien, że to kolejny żart mojego brata.



W Scotland Yardzie wezwania napływały non stop. Wszystkie wydziały miały dokładnie przydzielony temat zbrodni, rzadko kiedy mieszały się one razem. Jednak tym razem było zupełnie inaczej. Gdy tylko napłynęła wiadomość o zgłoszeniu na Baker Street, zostało ono dostarczone do Grega Lestrada. Nie było to może coś rutynowego, lecz każdy znał stosunki łączące inspektora i Holmesa. One już na pewno nie były normalne.
– Zapewne zabił kogoś z nudów. Uprzedzałam wcześniej, jednak nikt nie chciał mnie słuchać – powiedziała Sally Donovan, jako jedna z nielicznych została oddelegowana do tego wezwania.
– Tak, choć zapewne miało to miejsce już jakiś czas temu. Potem pociął ciało i schował kawałek po kawałku do lodówki. W końcu tak bardzo lubi tak chować różne części ciała – dodał Anderson.
– Zamknijcie się oboje. Nie podano żadnych szczegółów, to może być kolejna błahostka w stylu Sherlocka. Niedługo będziemy na miejscu.
Greg wiedział, że zapewne niepotrzebnie fatygowali się do jego mieszkania. Od kiedy Sherlock miał zakaz pojawiania się w Scotland Yardzie, próbował już wielu rzeczy. SMS–ów, telefonów, maili, jednak żadna z tych rzeczy nie odniosła skutku. Więc dlaczego by nie zawołać wszystkich do siebie, prawda? Miał już porządnie dość tego socjopatycznego detektywa. Tak, może i cieszył się z jego powrotu, lecz mimo wszystko... Trochę czasu zajmie, zanim zapomni się o wyrządzonych krzywdach. Zwłaszcza przy kimś takim jak Sherlock. Trudno jest poskromić geniusza.
Pierwszą poszlaką, że coś jest nie tak, była karetka stojąca przed budynkiem. Dwóch medyków oraz mężczyzna ubrany w czarny garnitur stało tuż obok, rozmawiając o czymś cicho i paląc papierosy. Nie był to zwykły widok, jaki można zastać na Baker Street. Co tu robiła karetka?
Gdy tylko wysiedli z auta, używki zostały wyrzucone, a mężczyźni odwrócili się w ich stronę.
– Inspektor Greg Lestrade. Wzywano tu policję? – spytał niepewnie.
Tuż za nim Donovan i Anderson przyglądali się otoczeniu w ciszy. Oni także zauważyli, że coś jest nie tak. Jednak...
– Trzeba wykluczyć obecność osób trzecich w całym zajściu. Co prawda jest to oczywiste, jednak mimo wszystko... Ciało jest na piętrze.
Trójka policjantów jak w amoku wbiegła do mieszkania po schodach, by nagle zatrzymać się w samym wejściu. Drzwi były otwarte, a po pomieszczeniu chodziły jeszcze dwie osoby, medyk oraz agent w ciemnym garniturze. Omijali oni wzrokiem centrum zdewastowanego pomieszczenia, na którym...
Greg zrobił niepewny krok do przodu, a potem kolejny. Ciało leżało na dywanie, ubrane w charakterystyczne garnitur oraz białą koszulę, tym razem rozpiętą, ukazującą bladą klatkę piersiową. Nie ruszało się, medyk nic przy nim nie robił. Jedynie dwa otwarte pudełka, leżące tuż obok, nie pasowały tu. Strzykawki były aż nadto widoczne, jednak nie było możliwe, nie...
Lestrade na chwiejnych nogach poszedł dalej i ukląkł przy ciele. Nie patrzył, co robią jego towarzysze. Dotknął jeszcze ciepłej ręki, a spomiędzy warg wyszedł ledwie dosłyszalny szept.
– Sherlock...
Nie wiedział co powiedzieć czy zrobić. To było... Zbyt wiele jak dla niego. Nie zauważył zszokowanego Andersona i Donovan ani ich rozmowy z medykiem. Ocknął się dopiero, gdy pojawił się Mycroft, krocząc dumnie, wszedł do pomieszczenia, aż nagle po ujrzeniu ciała coś się w nim złamało. Krok po kroku znalazł się tuż obok Grega i zduszonym głosem spytał:
– Jesteś pewien, że to Sherlock? To zapewne kolejny żart, głupie kłamstwo, podobnie jak ze skokiem...
Jednak teraz widział jego bladą twarz, kręcone, czarne włosy oraz odziedziczone po babce szkatułki. Miał przed sobą ciało brata, młodszego braciszka, którym powinien się opiekować...
Opadł na kolana tuż przy inspektorze. Nie wiedział co może zrobić czy powiedzieć. Siedział tak, aż w końcu podniósł drżącą rękę i dotknął policzka Sherlocka. Po jego własnym spłynęły pierwsze łzy, dopiero teraz w to wszystko uwierzył. To nie był kolejny żart czy głupi eksperyment. Z tyłu dochodził ich szloch Sally. Anderson objął ją i delikatnie wyprowadził z pomieszczenia. Nie byli przyjaciółmi Holmesa, można nawet powiedzieć, że byli niemal wrogami, lecz mimo wszystko znali go. Widywali go zbyt często, by teraz jego śmierć nie zrobiła na nich wrażenia.
Na zewnątrz stała Anthea ze śladami tuszu na policzkach. Bo to nie był kolejny żart, czy wybryk Sherlocka. Jego śmierć... była prawdą.

niedziela, 4 stycznia 2015

4. "My Supernatural Life" Sam cz.1

#Supernatural #Sezon1 #Drabble #Cykl #K+ #Friendship #Family #Drama #SamWinchester

Witam,
Tak, tak, po raz kolejny zamieszczam tekst z Supernatural, jednak tym razem jest to początek cyklu Drabbli. Jeden tekst = Jeden odcinek Sezon pierwszy z punktu widzenia Sama (choć czasem dodatkowo będzie Dean [+1 drabble]).
Będą to tekstu nawiązujące do odcinków, pokazujące bardziej odczucia postaci. Przyznam, że już dawno nie pisałam tak krótkich tekstów, więc przepraszam za wszystkie potknięcia.

Co do innych dzieł. Mam skończone jedno z Sherlocka, ciąg dalszy cyklu drabbli. Jestem w połowie Igrzysk Śmierci, Seviki oraz Merlina. Czekam też na inne propozycje! Od teraz teksty będą pojawiały się co weekend, a w kolumnie obok można zauważyć jeśli coś się zmieni. Za tydzień obiecuję inną tematykę!

Pozdrawiam,
Croy


Z dedykacją dla Marley. Jak podoba się SPN? ;)


Kobieta w bieli
Wszystko zawsze zaczyna się tak samo, przynajmniej w naszej rodzinie. Życie zawsze przepełnione było potworami, demonami i innymi niewytłumaczalnymi zjawiskami. Chciałem po prostu od tego uciec, nie udało się.
Mama, Jess... Nie tak łatwo zostawić za sobą przeszłość, gdy puka ona co chwila do drzwi. Nie można zapomnieć, trzeba walczyć. Nie tylko o sprawiedliwość, nie chodzi o zemstę. To coś więcej. To nasze życie, które w końcu powinno być normalne.
Dlatego tym razem nie poddam się. Mam zamiar walczyć, odnaleźć ojca i pokazać kreaturom, że ich wysiłki pójdą na marne. Zamierzam wygrać, choćby była to ostatnia rzecz w moim życiu.

Wendigo
Nasza rodzina ulepiona jest z innej gliny. Mimo tylu krzywd to my pomagamy innym. Robimy to, zabijając niemal wszystko na naszej drodze. Choć nie do końca to rozumiem.
Nie potrafię obronić nawet bliskich mi osób, a co dopiero obcych. Powinniśmy znaleźć tatę, a potem pokonać to ścierwo, które zabiło najważniejsze kobiety w moim życiu.
Nie jestem taki jak Dean. Nie potrafię zapomnieć, iść dalej, wspierać innych. Mając cel, skupiam się na nim, zapominając o roli łowcy. Ale on próbuje mi o tym przypomnieć. Należy zabić wszystkie napotkane potwory, dopiero potem znaleźć tatę. I wtedy dokonamy naszej zemsty raz na zawsze.

Trup w wodzie
Ludzie najczęściej sami kształtują swoje życie, a co za tym idzie, sprowadzają do niego potwory. Jeden grzech przeszłości, przewinienie, które ciągnie się przez długie lata. Zbyt często mamy z tym do czynienia w tej robocie. Znajdujemy winnych w ofiarach, ofiary w zbrodniarzach. Jak mówić o zasadach moralnych, gdy ich nie ma?
To samo można powiedzieć o nas. Mordercy, a zarazem skrzywdzeni. Doznaliśmy krzywd i odpłacamy za nie wszystkim innym. To nie do końca fair, ale tak żyjemy od zawsze. Sprawiedliwość nie jest do końca dobra. Zabijanie rodziny oprawcy po trzydziestu pięciu latach też nie. Ale czy można się temu dziwić?

Trup w wodzie. Dean
Dean jest dziwną osobą. Czuję, jakby podczas mojej nieobecności zmienił się w zupełnie nowego człowieka. Za bardzo przypomina mi tatę. Wydoroślał, jeśli można tak to ująć. Nie myśli już tylko o sobie, dba przede wszystkim o innych...
To dla mnie dziwne, widzieć go w takiej postaci. Nie przestaje szukać wszędzie seksu i przygody, lecz wie kiedy przystopować. To nie jest już ten sam Dean. Jest dobrym łowcą i towarzyszem, choć nadal palantem. Oby tylko nigdy się to nie zmieniło. Żałuję, że poznałem go na nowo w takich okolicznościach. Tata, Jess... Nie tak chciałem spotkać ponownie brata. Lecz nie miałem wyboru.

P.S. Zapomniałam o moim >"Wyzwaniu Czytelniczym"< na 2015 rok? Macie może swoje?

środa, 31 grudnia 2014

3. "Genialny"

# Supernatural #Ogólny #One-shot #K+ #Family #Friendship #SamWinchester

Witam,
Tym razem po raz kolejny miniaturka Supernatural, jednak z perspektywy Sama.
To ostatni tekst ogólny jaki mam do tego fandomu, jednak tworzy się seria drabbli do pierwszego sezonu. Już niedługo ich pierwsza część pojawi się na blogu.
Dodatkowo kończę miniaturkę do Igrzysk Śmierci, zaczęłam też pisać coś do Merlina oraz Sherlocka. Znalazłam też zaczęty cykl śmiesznych miniaturek Harry'ego Pottera. Ktoś chętny do przeczytania?

Dostałam propozycje, żeby napisać "fluffowy" Destiel? Osobiście nawet lubię ten pairing, jest ktoś chętny do czytania? W najbliższych dniach pojawi się zakładka "Postacie" przy Oznaczeniach. Będą tam informacje o głównych bohaterach/pairingach. Niektórych nie lubię (np. Wincest) i nigdy o nich nie napiszę żadnego tekstu.

Na razie to chyba wszystko. Szczęśliwego Nowego Roku!
Croy


Nie wiem czy to czytasz, ale z dedykacją dla Kaśki! 
A ty co sądzisz o Deanie?


 Genialny.
To słowo jako pierwsze przychodzi mi na myśl, gdy mam opisać swojego brata. Oczywiście zaraz po tym przychodzą takie epitety jak: arogancki, impulsywny, agresywny, irracjonalny, kłamliwy... Ale to i tak nie zmienia faktu, że pierwszy to „genialny”.
Nikt inny zapewne nie określiłby go tym słowem. Niestety, zbyt mało osób zna go na tyle dobrze, by to zrobić. Mój brat jest dupkiem, zawsze był i, mam nadzieję, zawsze będzie. To jego znak rozpoznawczy. Gdyby z Deana zrobił się przyzwoity obywatel, byłby to zapewne znak prawdziwej apokalipsy. Wiem, że to wkurzające, mieć do czynienia dzień w dzień z chodzącym palantem, jednak brakowało mi tego przez długi czas, gdy któryś z nas gdzieś znikał. A jak na razie znikamy zbyt często ze swojego życia...
Lecz wracając do jego „genialności”, nie jest on podobny do innych mądrych osób. Jest jedyny w swoim rodzaju, a większość rzeczy zawdzięcza sam sobie, a nie innym ludziom czy książkom. To on mnie wychował, gdy ojciec ganiał za potworami, troszczył się o to, bym jadł, chodził do szkoły i robił to, co pragnę. To idiotyczne, że lekceważy sam siebie, podczas gdy to on jest tym lepszym bratem. Nie wiem, czy jako nastolatek potrafiłbym zrezygnować z własnych marzeń nawet dla własnego brata. Choć jestem teraz tym „poważniejszym”, to on nadal uważa się za mojego opiekuna, porzucając swoje pragnienia.
Jego zachowanie jest czasem śmieszne. Zostawił swoje stabilne życie, rodzinę i normalny dom, gdy tylko potrzebowałem jego obecności. Wiem, że lepiej byłoby mu z nimi, jednak jestem samolubny, ciesząc się z jego decyzji. Tym samym, gdy widzę te smutne spojrzenia, które mi rzuca, gdy mówimy o moim życiu... Mam ochotę krzyczeć! Wiem, że dużo straciłem. Powinienem być teraz prawnikiem, mieć żonę, dzieci, jednak najwidoczniej nie mogło być tak sielankowo. Straciłem Jess, podobnie jak wszystkie inne kobiety, z którymi byłem na dłużej, ale jest to wpisane w życie łowcy. Nikt nie może nic na to poradzić. A jednak Dean ciągle się obwinia.
Jest to jego kolejna wada, tuż obok bycia palantem. Ale ma w sobie zbyt wiele dobra, by móc pominąć zalety. Piekielnie dobry łowca, choć sam nie patrzy tak na siebie. Większości nauczył się sam lub od ojca, ale to doświadczenie zdobywane od najmłodszych lat rozwinęło jego umiejętności. Okej, ja jestem dobry w księgach, zaklęciach, jednak to on z każdej rzeczy potrafi zrobić broń, myśli strategicznie, nie zdając sobie z tego sprawy. Jest po prostu genialny.
Zbyt często słyszałem słowa Castiela o jego duszy. Mimo krzywd których doznał i które wyrządził, nadal jego najważniejsza cząstka jest cała i lśni ponad wszystko. Wiem, że mój brat ma wiele wad bardziej widocznych przy pierwszym spotkaniu, bo nigdy nie był osobą otwartą. Jego powierzchowne, durne zachowanie może zmylić wszystkich, jednak nie najbliższych.
Obojętnie co zrobi i co stanie się w przyszłości, lecz ja wiem dwie rzeczy. Dean na zawsze pozostanie najlepszym starszym bratem. I już zawsze będzie genialny.

sobota, 27 grudnia 2014

2. "Somebody to die for..."

#Supernatural #Ogólny #One-shot #T #Drama #Family #DeanWinchester
Witam,
To już druga miniaturka na tym blogu o podobnej tematyce. Supernatural w trochę poważniejszym wydaniu. Jednak z propozycji szykuję już tekst o Igrzyskach Śmierci oraz kilka innych o Merlinie, Sherlocku i (oczywiście) Supernatural.
Coś nowego pojawi się zapewne w środę/czwartek. Choć od stycznia miniaturki będą pojawiały się tylko co weekend.
Liczę na jakieś komentarze/mały odzew... Sama nie wiem.

Do napisania,
Croy


Z dedykacją dla Bellatrix


 Nigdy nie byłem zły na ojca za to, na jakiego człowieka mnie wychował. Jestem teraz silny, trudny do złamania, niezniszczalny. Ani piekło, ani czyściec nie pokonały mnie, nie dały rady. Żadne stworzenie nie jest dla mnie za sprytne. Można pokonać każdego, trzeba tylko wiedzieć jak. Broń jest moim przyjacielem, inteligencja i przebiegłość stała cechy charakteru. To jestem ja i nic tego nie zmieni.
Jednak nie mogę powiedzieć, bym dziękował za sposób wychowania. Mówi się, że człowiek pamięta przede wszystkim te złe chwile, ja mam niemal tylko takie. Nie pamiętam, jak to było być dzieckiem. Wiem, że teraz moje zachowanie można by nazwać dziecinnym, jednak to nie to samo. Nie było beztroski, zabawy i spokojnego jutra. To ja byłem rodzicem, który musiał zapewnić Samowi to, czego potrzebował. Zawalony rok czy dwa przez opiekę nad małym Sammym? To normalne. Kradzieże, by tylko kupić mu nowe buty czy prezent na święta, które tak pragnął? Były codziennością, musiałem sobie jakoś radzić. I w tym wszystkim był ojciec, choć powinienem powiedzieć, że raczej go nie było.
Znikał na tygodnie, czasem miesiące, zostawiając nas w pobliskim hotelu lub, jeśli mieliśmy szczęście, u któregoś łowcy, zwykle Bobby'ego. To ja pozostawałem pewnym punktem w życiu Sama, to do mnie przychodził, jak miał zły sen czy po to, aby pochwalić się oceną. Przyznaję, nie zawsze byłem w stosunku do niego fair. Sam dorastałem, też potrzebowałem kogoś, na kim mógłbym się oprzeć, pogadać, pochwalić się czymś czy uskarżać po prostu na życie. Jednak nikogo nie było. Nie miałem rodzica, bo sam już nim zostałem. A z czasem przestałem go potrzebować, było dla mnie za późno.
Mam dobre wspomnienia związane z ojcem. Nauka strzelania, boksowania, włamywania się do domów, ale przede wszystkim te wyblakłe obrazy, zanim umarła mama. Miałem tę przewagę, że pamiętałem. Może nie dużo, ledwie kilka scen, jednak czego można się spodziewać, miałem zaledwie cztery lata, gdy to wszystko się skończyło. Nawet to, co wspominam dobrze, poprzeplatane jest niezbyt miłymi zdarzeniami. Krzyki ojca, gdy nie potrafiłem zrobić tego, czego ode mnie żądał... Zawiedzione spojrzenia, gdy po prostu coś mi nie wychodziło. Te ciosy, gdy po powrocie z polowania upijał się i nad sobą nie panował... Gdyby nie nowe, wyleczone ciało po powrocie z piekła, nadal mógłbym podziwiać blizny, które miałem rozsiane po całej sylwetce. Ale wiedziałem, dlaczego to robi. Stracił wszystko, a ja tylko mu o tym przypominałem. Choć zawsze był moim ojciec i w chwilach, gdy panował nad sobą, wszystko było w porządku. Za to właśnie go kochałem.
Jednak Sam... Nigdy nie był świadomy, co się działo, gdy ojciec wraca do nas z polowania. Zaraz po przywitaniu kładłem go spać i wracałem, by zmierzyć się z nieuniknionym. Nauczyłem się, że w ten sposób nie zbudzi Sama, raz zrobił to i do dziś zapamiętałem ten błąd. To ja uczyłem brata walczyć, strzelać i wszystko inne, co było mu potrzebne do bycia łowcą. To on otrzymywał pochwały i uśmiech, gdy ojciec wrócił do domu. To on słyszał słowa: „Dobra robota, synu. Jesteś w tym lepszy od Deana.” I był lepszy ode mnie, przede wszystkim tam w środku. To on był zawsze tym lepszym bratem, bardziej współczującym, rozumiejącym i z tego jestem dumny. Od najmłodszych lat był mądry, aż w końcu nie można było porównywać mnie, przeciętnego mechanika, do niego, przyszłego mecenasa...
Żałuję, że nie udało mu się spełnić swego marzenia. Nie zasługiwał na przeklęty los łowcy, a ja go w to wplątałem. Mogłem szukać ojca sam, lecz miałem dość samotności, zbyt mocno tęskniłem za bratem, widząc w nim raczej własne dziecko, które zawsze będzie potrzebowało opieki. Nie mogłem pozwolić, by ostatnimi wspomnieniami Sama dotyczącymi ojca była ta piekielna kłótnia tuż przed jego wyjazdem. Trzaśnięcie drzwiami, schowanie do kieszeni koperty, którą dałem mu tuż przed wyjściem i nie obejrzenie się za siebie. I wtedy zostałem sam, choć chciałem pobiec za nim, uciec wraz z nim od tego koszmaru. To tej nocy zyskałem kilka blizn, które przez kilka lat były dla mnie przypomnieniem, że zamiast mnie mógł być to Sam. A on sobie na to nie zasłużył.
Chciałem uciec i to nie raz. Choć zawsze były przeszkody, które nie pozwalały mi nic zrobić. Coś co zatrzymywało mnie przy boku ojca i nie dawało szansy na chwilę wytchnienia. Z początku był to Sammy. Nie mogłem zostawić go samego, a ucieczka razem nie wchodziła w grę, dopóki nie był pełnoletni. Po jego ucieczce nic mnie nie trzymało, wtedy jednak nie miałem środków by to zrealizować. Pieniądze zbierałem, odkąd pamiętam. Na początku pod materacem, potem już na koncie w banku. Nigdy nie dotknęłam nawet jednego dolara, wiedząc, że mają inne przeznaczenie. Czasem, gdy ojciec nie wracał tygodniami, chciałem wyjąć kilka centów, zwłaszcza gdy już niemal nie było pieniędzy, które on zostawił. Zwykle zaciskałem zęby, kupując jedzenie dla brata, gdy dla mnie już nie starczało. Jednak opłaciło się. Dałem mu kopertę, a w niej kartkę bankową z instrukcją. Miał na niej pieniądze potrzebne do rozpoczęcia szkoły, nowego życia. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, choć wiem, że ich użył. Zapewniłem mu wszystko, co tylko mogłem, by zaledwie kilka lat później wszystko zepsuć.
Mam nadzieję, że kiedyś Sam mi wybaczy to, co zrobiłem. Nie poruszamy tego tematu, ale czasem widzę w jego oczach oskarżenie, zwłaszcza, gdy stykamy się z normalnym życiem. To on zawsze pragnął domu, ogrodu i rodziny. Ja chciałem tylko spokoju, tego, by ktoś o mnie pamiętał nie tylko od święta, ale i w zwykły dzień. Choć zamiast chronić brata, naraziłem go na jeszcze większe niebezpieczeństwo, to ja powinienem cierpieć, nawet zginąć. A Sam powinien być z rodziną w domu, z żoną i dziećmi, chodząc codziennie do sądu lub kancelarii. Powinien normalnie żyć, tak jak sobie wymarzył.
To ja, Dean Winchester, zaprzepaściłem szansę własnego brata na normalne życie. Żałuję tego, nie mogę nawet wyrazić w jak dużej mierze, chciałbym naprawić to, co zrobiłem. Niestety jest już za późno. Mam jednak nadzieję, że kiedyś, choćby za tysiąc lat, zostanie mi to wybaczone.


Theme by Hanchesteria