Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Humor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Humor. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2015

15. "Lizaki vs. Żelki" cz.1




W sklepie przy stacji paliw wieczory zwykle przebiegały podobnie. Jedynie kilkoro późnych klientów, czasem jeden lub dwóch pijanych facetów. Nic z czym nie można sobie poradzić. Jednak raz na jakiś czas zdarzała się odskocznia od tej rutyny. Tak też było tym razem.
Sam nie lubił robić późnych zakupów, jedynak czasem był do tego zmuszony, zwłaszcza po potwornych nadgodzinach w pracy. Nigdy nie sądził, że jego wymarzona praca, będzie aż tak uciążliwa. Może i nie wymieniłby jej na żadną inną, lecz mimo to dobrze było czasem ponarzekać.
Na szczęście jeden z całodobowych sklepików znajdował się w drodze do jego mieszkania. Wystarczyło wpaść na dziesięć minut, zamienić kilka słów z kasjerem, po czym szybko się ulotnić. To jednak nie był tego typu wieczór.
Pierwszą anomalią było nagłe uderzenie drzwi, po czym do sklepu wkroczył mężczyzna, rozglądając się niepewnie na wszystkie strony. Był średniego wzrostu, nie powinien się raczej niczym wyróżniać, jednak jego chaotyczne ruchy, przyciągały wzrok. Nigdy nie wiadomo, czy aby na pewno trafiło się na w pełni zdrowego psychicznie osobnika. Brunet szybko skanuje zawartość półek, po czym kieruje się w dział słodyczy. To trochę uspokaja Sama, który w spokoju kontynuuje swoje zakupy. Niestety nie na długo.
- Gdzie są lizaki? - Pytanie roznosi się po całym pomieszczeniu, gdy nowo przybyły dopada lady.
- Niestety, nie ma już - mówi spokojnie nastolatek, który miał pecha mieć akurat zmianę.
- Jak to nie ma?! - Mężczyzna nie wierzy w to co usłyszał. - Ja chcę lizaki!
- No nie ma. Skończyły się. - Chłopak chyba nie wyczuł zagrożenia, więc Sam strategicznie zbliża się do rozmówców.
- Gdzie tu jest inny sklep? - warczy w końcu niezadowolony klient.
- Tuż obok. - Wskazuje na prawo od sklepu, jednak gdy brunet chce odejść, dodaje: - Ale już zamknięty. Jest późno.
Mężczyzna zatrzymuje się w pół kroku i spogląda z niedowierzaniem na durnego sprzedawcę. Widać w każdym jego ruchu, iż walczy ze sobą, by nie zrobić czegoś małolatowi. Sam w końcu decyduję się wkroczyć.
- Hej. Wszystko w porządku? - pyta niepewnie.
- Nie ma lizaków. - Nieznajomy skarży się, przybierając minę nadąsanego dziecko. To trochę dezorientuję Winchestera.
- Najwyraźniej się skończyły - mówi spokojnie, po czym proponuje: - Może weźmiesz coś innego?
- Po całym dniu słuchania cholernych skarg i zażaleń mam chyba prawo do jednego, przeklętego lizaka! - drze się, jakby miałoby to ukoić jego nerwy.
- Prawnik? - pyta zaciekawiony Sam.
- Lekarz.
- Spróbuj tego. - Mężczyzna wyjmuje żelki ze swojego koszyka. - Też są całkiem niezłe.
- Dzięki. - Nieznajomy przyjmuję niechętnie ofertę, kładąc opakowanie na ladzie. - Jak tylko zabiję swoją siostrę, to na pewno je zjem. Potrzebuje cukru.
- Jestem prawnikiem, jak coś to zawsze mogę pomóc. - Wyjmuje wizytówkę i podaje ją brunetowi. - Masz jakiś powód zabicia jej?
- Zjadła mój zapas lizaków z samochodu. W dodatku w domu też żaden nie został... Co do tego - wskazuje na wizytówkę - zawsze przyda się dobry prawnik. Samuel Winchester?
- Wystarczy Sam - sprostował, wyciągając rękę.
- Gabriel Novak. Lekarz w szpitalu Norton. Jak coś, to wiesz na kogo się powołać. - Uśmiechnął się delikatnie.
- Dzięki. Może teraz skończmy lepiej zakupy.
Gabriel przytakuje, po czym płaci za swoje żelki. Kto by pomyślał, że ten dzień skończy się tak dobrze.
Gdy Sam w końcu zapłacił i wyszedł ze sklepu, nie spodziewał się, że na parkingu będzie jeszcze jakiś samochód, oprócz jego. Niepewnie idąc dalej, dobiegł go jednak dobrze znany mu głos.
- Jesteś potworem - powiedział Gabriel, którego zarys sylwetki widać było na miejscu kierowcy.
- Na serio nie było lizaków? Nie mów, że przerzucasz się na żelki. - Kpiący, dziewczęcy głos musiał należeć do siostry Novaka. - Wiesz, że ja je kocham, ale ty nigdy ich nie jadłeś.
- Zawsze jest ten pierwszy raz - zapewnił niechętnie brunet. - A wszystko przez ciebie smarku, to ty zjadłaś wszystkie moje lizaki - wypomniał jej.
- Powiedz, że chcesz mieć raczej "jakiś raz, bo na pewno nie pierwszy" z tym wielkoludem, z którym rozmawiałeś - zaśmiała się, powodując tym samym warknięcie ze strony brata. - No co? Widziałam wszystko przez szybę.
- Lepiej się zamknij i jedźmy. Bo jeszcze zabije cię na miejscu - zagroził, po czym włączył silnik.
Winchester przyglądał się odjeżdżającemu samochodowi, uśmiechając się lekko. Gdy tylko zniknęli za zakrętem, mężczyzna roześmiał się i zaczął kierować w stronę własnego auta. Wieczór okazał się jednak o wiele bardziej zabawny niż się tego spodziewał.

*~*~*

Sam sądził, że już nigdy nie spotka zwariowanego nieznajomego. A mimo to tydzień później natrafił na niego wchodząc do tego samego sklepu. I już od samego początku wiedział, że coś jest nie tak. Dość łatwo można było to wywnioskować z niemal rażąco czerwonego koloru twarzy mężczyzny. Zszedł mu szybko z drogi, widząc, że Gabriel nawet go nie zauważył. Jednak zdążył rzucić w jego stronę:
- Mam nadzieję, że dziś nie doszło do rękoczynów.
Te kilka słów zatrzymało Novaka, który odwrócił się niemal natychmiast w stronę rozmówcy. Na jego twarzy momentalnie pojawił się uśmiech i część kolorów zniknęła. Za to radość pojawiła się w zielonych oczach mężczyzny.
- Nie, choć było blisko. Chyba muszę zmienić sklep, znów nie ma lizaków – skarżył się Gabe.
Sam zaśmiał się, bo choć znał mężczyznę tylko kilka minut, mógł się tego spodziewać. Młody lekarz często zachowywał się jak dziecko, zwłaszcza jeśli było już późno i dotyczyło to słodyczy. Dlatego chyba dobrze, ze młody Winchester był przezorny.
- Ostatnio kupiłem kilka lizaków więcej w sąsiednim sklepie, by mieć mały zapas. Wożę je ze sobą, więc jeśli jesteś zainteresowany...
Gabriel spojrzał na niego jak na bóstwo, co wywołało kolejny wybuch śmiechu. Nieznajomy naprawdę potrafił być jak dziecko...
- Naprawdę??? A byłbyś skłonny sprzedać kilka? - Brunet zrobił błagalną minę, po czym szybko dodał. - Cena oczywiście nie gra roli!
- Bez przesady. Tak sądziłem, ze jeszcze się spotkamy, więc zawsze mam coś przy sobie na takie okazje – przyznał. - Jednak musiałbym iść do samochodu.
- A twoje zakupy? - spytał Novak, gdy szli już w stronę auta jego wybawiciela.
- Zaraz wrócę i je zrobię. Nie musisz się o to martwić, nigdzie mi się nie śpieszy. Choć może ty chciałbyś zanieść swoje? - Spojrzał znacząco na torbę w jego ręku.
- Nie! Lizaki są najważniejsze. - Widząc specyficzną minę rozmówcy dodał: - Wiem, ze brzmi to jak uzależnienie, jednak to moje jedyne wytchnienie. Po całym dniu mam prawo na choćby jednego...
- Tak, tak – przerwał mu Sam. - Rozumiem, choć nie wiem dlaczego właściwie lizaki...
- Jakoś tak wyszło, choć nawet lubię te twoje żelki. Zwłaszcza Marv je uwielbia, choć nie powstrzymuje jej to od podjadania mi lizaków.
Gdy doszli do samochodu, Sam zanurkował do niego, a po chwili wyskoczył ze spora paczkę lizaków i wręczył je Gabrielowi.
- Dzięki, nie wiem co powiedzieć. Pewnie gdyby nie ty, to wróciłbym do samochodu, nawrzeszczał na Marley i był zły przez całą noc – przyznał szczerze.
- A kto to jest Marley? - zaciekawił się Sam.
- Ja jestem Marley, Marv dla przyjaciół, a ty i tak byś na mnie nawrzeszczał. - Dobiegł ich głos z boku, po czym pojawiła się młoda dziewczyna. - Zaczynałam się martwić, a gdy już wychodziłam by cię szukać, zauważyłam jak idziesz z obcym facetem w stronę jego samochodu. Chciałam ci tylko przypomnieć, że po ostatnim razie obiecałeś, że zaczniesz się szanować – pokręciła zrezygnowana głową, patrząc to na jednego to na drugiego.
- Ja...
Gabriel zapatrzył się na swoją siostrę, nie wierząc w to co ta właśnie powiedziała. Czy ona właśnie zasugerowała... Głośny wybuch śmiechu Winchestera, zdziwił oboje z rodzeństwa. Spojrzeli na niego jak na wariata, nie do końca rozumiejąc o co mu chodzi.
- Och, na pewno dogadałabyś się z moim starszym bratem – przyznał, gdy już się trochę uspokoił. - Zdaje się, ze macie podobne upodobanie do dręczenia rodzeństwa swoim specyficznym poczuciem humoru.
Dziewczyna zmierzyła mężczyznę wzrokiem, po czym powoli przytaknęła.
- Chyba jednak nie jesteś tak głupi za jakiego cię miałam, wielkoludzie. Ale musisz wiedzieć, ze mój brat się szanuję... A przynajmniej czasami mu to wychodzi.
- Za to mój brat powiedział by, że mi rzadko zdarza się nie szanować... Tak w ogóle to jestem Sam.
- Myślisz, że nie wiem? Słucham o tobie od tygodnia, więc choćbym była głucha to coś bym musiała załapać. - Dziewczyna westchnęła i spojrzała na rozzłoszczonego brata. - Och przestań wreszcie, przecież go nie pożarłam. Zamieniliśmy zaledwie kilka słów.
- O kilka za dużo jak na mój gust – przyznał Gabriel. - Zbierajmy się, młoda. Aż boję się, co by wynikło z waszej dłuższej rozmowy.
- Nie musicie uciekać, chętnie poznam twoją siostrę. - Sam próbował ich zatrzymać, jednak uparta mina Gabriela mówiła sama za siebie.
- Lepiej nie. Jest już późno, a ty musisz jeszcze zrobić zakupy – przypomniał mu. - Jeszcze raz dziękuję za lizaki, ratujesz mi życie. Tylko jak ja ci się odwdzięczę?
- Wymyślę coś – obiecał Winchester. - Do zobaczenia, miło było cię poznać, Marley.
- Możesz mi mówić Marv, sądzę, że dość szybko zostaniemy przyjaciółmi – rzuciła na odchodne, a jej brat zaczął ciągnąć ja do samochodu.
Dziewczyna machnęła jeszcze na pożegnanie, nim zniknęła wraz z Gabrielem po drugiej stronie budynku. Sam miał nadzieję, że spotkają się jeszcze nie jeden raz. W końcu musi zasłużyć na miano przyjaciela brunetki. W dodatku wiedział, że z rodziną Novaków raczej nie powinien się nudzić... Wydawali się być wyjątkowi, może aż za bardzo...?


Ciąg dalszy nastąpi...

sobota, 14 marca 2015

14. "Koszmar McGonagall"

I'll be your light, your match, your burning sun,
I'll be the bright in black that's makin you run.
And we'll feel alright, and we'll feel alright,
Cuz we'll work it out, yeah we'll work it out.
I'll be doing this, if you had a doubt,
Till the love runs out, 'till the love runs out.
OneRepublic - Love Runs Out

Cassiopeia ♥ Marley ♥Croyance

Wszystkiego najlepszego, Ces!


    Dwie dorosłe kobiety przekroczyły bramę pewnym krokiem. Od dawna nie widziały swej Alma Mater, choć mimo upływu lat nie zmieniło się tu zbyt wiele. Ten sam wielki zamek, bezkresne jezioro oraz zastraszający las, sprawiający, iż niektórzy chcieli uciec z krzykiem. Och, z iloma świetnymi wspomnieniami łączyło się to miejsce.
     Obie brunetki nie rozglądały się jednak na boki. Wystarczyło, że się pojawili, a uczniowie korzystający z ostatnich ciepłych dni jesieni odwracali za nimi wzrok. Co więcej trudno było zignorować coraz głośniejsze szepty. Lecz cóż poradzić jak jest się sławnym...
     Na korytarzu także kręciło się kilkoro uczniów, którzy szybko schodzili im z drogi. Jedna z kobiet pokręciła jedynie głową na ten widok, zwłaszcza, że druga uśmiechnęła się w samozadowoleniu. Tak, to zainteresowanie i budzenie respektu było niezłym plusem tego publicznego pojawienia się. Dopiero stojąc przed gobelinem prowadzącym do gabinetu dyrektorki, po raz pierwszy się odezwały.
- Mamy czekać, czy podała nam jakoś hasło?
- Marv, ona sądziła, że "przywita" nas przy bramie. W kocu kto by pomyślał, że znamy kilka przydatnych sztuczek. Na przykład jak oszukać strażnika jej gabinetu. - Kobieta uśmiechnęła się spoglądając na towarzyszkę.
- Ces... Czy ty zawsze musisz szukać kłopotów? Nie mogłabyś chociaż raz dać sobie z tym spokój? Nie jesteśmy tu aby się bawić, gdyby nie te nasze dzieci...
- Nie przesadzaj. Gdyby tata nie pracował w Hogwarcie, to nasi rodzice byliby wzywani jeszcze częściej, chyba to pamiętasz. - Obie brunetki spojrzały na siebie z uśmiechem. - A co do hasła to znam kilka dobrych sposobów.
    Podeszła o krok do figury i wykonała przy niej kilka chaotycznych ruchów. Nim Marley zdążyła cokolwiek powiedzieć, przejście otworzyło się, a Ces z uśmiechem wspięła się po schodach. Nie zdążyła jej jednak dogonić i gdy pojawiła się w drzwiach gabinetu, jej towarzyszka już siedziała wygodnie na jednym z krzeseł.
    Portrety szeptały do siebie, spoglądając niepewnie na nowych gości. Jedynie Black patrzył spokojnie na swą potomkinie, choć nie powstrzymał kilku postaci przed zniknięciem. Zapewne poszli szukać dyrektorki oraz podobizny Dumbledore'a. Jego portret akurat był teraz pusty.
- Czuję się po raz kolejny jak uczennica. Brakuje tylko kilkorga krzyczących nauczycieli. - Marv usiadła obok przyjaciółki, rozglądając się po gabinecie, miała zbyt wiele wspomnie związanych z tym miejscem.
- Nie przesadzaj. W kocu za moment będzie tu nasza kochana pani dyrektor.
     Właśnie na te słowa do pomieszczenia weszła Minerwa McGonagall. Z zawziętą miną spojrzała na obie kobiety i podniosła wysoko głowę, patrząc na nie karcąco.
- Witam. Nie powiem, że jestem zdziwiona, iż nie witam was przy bramie. Jedynie wy potraficie wejść nie tylko na teren szkoły, ale i do mojego gabinetu. Jest to złamanie dość dużej ilości zasad i praw, nie tylko szkolnych - zauważyła.
- Miło panię widzieć! Dość dawno się nie spotkałyśmy - zaczęła Ces. - Stęskniła się pani za nami?
     Kobieta spojrzała na swój przeszły koszmar i szczerze, wolałaby go już nigdy więcej nie oglądać. Dlatego nie wzywała ich nigdy, przynajmniej do teraz. Chyba wolałaby już gościć Harry'ego i Severusa razem.
- Byłam zmuszona niestety was wezwać. Chodzi oczywiście o Navi oraz Perseusa, choć jestem pewna, iż to nie oni wymyślili cały plan.
- Więc może to nie ich wina? - zaproponowała grzecznie Marley.
- Tak, możliwe, że brali w tym udział przede wszystkim Auriga oraz Marvolo. Zwłaszcza, że substancja bardzo przypomina ostatni twór Gryfona z eliksirów. - Dyrektorka spojrzała uważnie na swe rozmówczynie.
- Co dokładnie zrobili? - spytała zaciekawiona Ces, za co otrzymała przeszywające spojrzenie od siostry.
- Znaleziono ich w Wielkiej Sali, która delikatnie mówiąc, była zdemolowana - przyznała chłodno Minerwa. - Na ścianach nadal wisi część mugolskich tapet oraz plakatów, których nie udało nam się usunąć.
- Mugolskich? A dokładniej? - Ces z przyjemnością słuchała o wyczynach swoich dzieci.
- Panno Snape! To poważna sprawa! W dodatku cała sala, w tym stoły, pokryta była jakąś substancją. Niebieską! Musieliśmy zamknąć pomieszczenie na cały dzień, co utrudniło podawanie posiłków. Cały zamek miał zaburzoną pracę. Za coś podobnego nie może ominąć ich najgorsza kara. Mam nadzieję, że starze dzieci zostaną przez was ukarane, skoro nie mogę udowodnić ich udziału.
- Oczywiście - zapewniła spokojnie Marley. - Zajmiemy się tym, a co do Navi oraz Perseusa...
- Serio, uważa pani, że to jest warte takiej kary? - przerwała jej Ces. - My same kiedyś...
- Ces, nie musisz teraz tego przypominać.
- Ale lubię to robić - odparła z uśmiechem.
- Panno Snape, proszę uważać na słowa. Dobrze, że nie ma z nami dzieci, nie powinno się uczyć ich takich zachowań - złajała ją dyrektorka.
- Że jakie uczyć? One mają to we krwi - odparła z dumą. 
- Ces... Może na razie skończysz, w końcu przyszłyśmy tu, aby porozmawiać o dzieciach, a nie o... innych sprawach - wtrąciła pani Potter.
- Tak, wasze stare przewinienia nie powinny być tematem tej dyskusji. Nie powinniście nawet ich wspominać, choć czasem mam wrażenie, że wasze dzieci próbują wykorzystać stare pomysły na te "przestępstwa", choć nie całkiem im to wychodzi - powiedziała, lekko zmęczonym głosem.
- Aaa, chodzi pani o te centaury rok temu? Marvolo powinien wiedzieć, że to inteligentne stworzenia i jest małe prawdopodobieństwo, że im się uda to wykonać. Centaurów nie można tak łatwo oszukać - przyznała Marley.
- Jednak nigdy nie można było dojść, kto wykonał ten "żart" lata temu, choć to chyba jedno z najgorszych zdarzeń, tamtych lat. Winowajców powinno się było srogo ukarać.
     Kobiety popatrzyły szybko na siebie, próbując ukryć uśmiech. Doskonale wiedziały, kto, jak i dlaczego wykonał ten kawał. i co tu ukrywać miały one spory wkład w przygotowanie całości.
     "Trójka uczniów skradała się bezszelestnie w stronę Zakazanego Lasu. Robili to dość często, jednak tym razem mieli większy i bardziej niebezpieczny cel. Ale zakład to zakład, prawda? Kto jak kto, ale oni nie przegrali by, zwłaszcza, że chodziło o coś tak prostego. 
- Draco, pośpiesz się w kocu - szepnęła jedna z dziewczyn, kierując się na jedną z mniej uczęszczanych ścieżek, prowadzących do lasu. - Nikt i tak za nami nie pójdzie, nie musisz pilnować tyłów.
- Tobie może się tak zdawać, ale wszyscy wiemy, że twój tatuś lubi kręcić się w takich miejscach, Ces. A ja jakoś nie mam ochoty ani na szlaban, ani na kolejną pogadankę.
- Tym się nie przejmuj, słodkie oczy Marv działają nawet na niego, nic nam się nie stanie - zapewniła.
- Chyba, że nasz mały braciszek boi się czegoś innego - zaśmiała się cicho panna Malfoy. - Czyżbyś nadal miał koszmary po pierwszym roku, braciszku?
     Odpowiedziało jej jedynie warkniecie chłopaka, więc cała trójka ruszyła z cichym śmiechem w dalszą drogę. Zakazany Las był im znany aż nazbyt dobrze, lecz czego można się spodziewać po uczniach piątego roku Hogwartu, zwłaszcza po tej trójce. Z zestawienia dwóch Malfoyów oraz jednej Snape, nigdy nie mogłoby wyjść nic dobrego, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi zakład z kilkoma uczniami, za którymi nie przepadają. 
     Znalezienie legowiska akromantul nie było trudne. Ale już jak wykurzyć je z jaski nie narażając się samemu, było trudniejsze. Przynajmniej tak sądził chłopak, dopóki nie zauważył jak Ces wspina się po jednym z wyższych drzew, a Marley idzie tuż za nią. 
- Ces, coś ty wymyśliła? - szepnął, starając się zachowywać jak najciszej.
- Nie marudź, tylko chodź tu i zacznij się wspinać - odwarknęła do niego, zasiadając już na jednej z grubych gałęzi.
     Chłopak nie mając wyboru zrobił tak jak mu kazano. Wiedział doskonale, że w tym przypadku nie miał się co kłócić, oczywiście o ile chciał przeżyć tą noc. Bo pomysły Ces były zwykle niebezpieczne, czasem aż za bardzo.
- Czasem cieszę się, że tu jesteś Marley. Jedynie ty możesz powstrzymać tą wariatkę - powiedział cicho do dziewczyny, siadając blisko niej.
- No nie wiem, nie wiem. Chyba tym razem mi się to podoba. Raczej nie przerwę tej zabawy - odpowiedziała z uśmiechem.
     Blondyn westchnąwszy, zaczął przyglądać się co ta szalona Krukonka wyprawia z różdżką. Trudno było zauważyć szlak dziwnych oznaczę prowadzących przez całą szerokość i długość ścieżki. Już miał spytać się o co chodzi, gdy z jaskiń zaczęły wychodzić pierwsze potwory. Nikt nie lubił pająków, zwłaszcza on, lecz czego nie robi się dla wyższych celów. W kocu nie mógł zostawić swoich siostrzyczek samych.
     Gdy duża część kreatur zebrała się niedaleko z nich, Ces machnęła sprawnie różdżką, co spowodowało zapalenie się pierwszej flary. jednak potem wszystko wydarzyło się zbyt szybko, by ktokolwiek mógł przewidzieć koniec tego wybryku. No może za wyjątkiem Cassiopei, która z samozadowoleniem oglądała swoje dzieło. Wszystkie pająki zaczęły uciekać wzdłuż ścieżki, gonione coraz to kolejnymi flarami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby ścieżka nie prowadziła wprost na błonie, a jak się później okazało, nawet do zamku.
     Cała trójka, gdy tylko mogła spoglądać na to dzieło z ziemi, ruszyła okrężną drogą do zamku. Trudno było przeoczyć kilkanaście akromentul kręcących się przy drzwiach zamku, a nawet na korytarzach. Bo cóż, któż zapomniał przez "przypadek" zamknąć drzwi.
- Długo to planowałaś? - spytał w końcu Smok, gdy  wspinali się po schodkach do bocznych drzwi.
- My planowałyśmy - poprawiła go Ces. - Marv specjalnie sprowokowała kilkoro naszych "ulubionych" uczniów, a ja tylko zajęłam się sprawami technicznymi.
- To było... Sam nie wiem jak to określić - wyznał chłopak.
- Było po prostu łatwe, nawet nazbyt. W końcu kto mógłby nas pokonać - zaśmiała się Marley.
- Jeśli ktokolwiek z nauczycieli dowie się o tym...
- Proszę cię, Draco. nie znasz mnie? Chyba powinieneś wiedzieć, że nie daję się zbyt szybko wykryć. 
- Tak, ale mimo wszystko...
- Nie zapeszaj - złajała go. - Od dziś możesz do mnie mówić "Panno Idealna".
     Blondyn jedynie fuknął na jej słowa, choć po cichu musiał przyznać rację. Nigdy nikt nie dowiedział się, kto wygonił pająki z lasu, choć McGonagall miała oczywiście swoje podejrzenia. Co więcej, przez tygodnie ludzie śmiali się na widok Weasleya, który tak bardzo skompromitował się tamtej nocy. Nie było nic lepszego od pogrążenia Ronalda i całej Złotej Trójcy."
     Pani Potter potrząsnęła delikatnie głową i zwróciła się do dyrektorki, która spojrzała na nią podejrzliwie.
- Och te dzieci, powinny wiedzieć, że na centaury nie zadziała siła, a jedynie... 
     Brunetka zamilkła szybko widząc spojrzenie dawnej nauczycielki. Chyba lepiej było pomilczeć choćby przez chwilę. W końcu robiła już dużo o wiele gorszych rzeczy przez te wszystkie lata. Lecz oczywiście Ces, nie mogła zamknąć się w tym momencie.
- Och, nie ma co narzekać, przynajmniej nie wysadzili żadnej klasy, prawda? - zażartowała, jednak widząc, że Minerwa chce już coś powiedzieć, dodała: - Bo chyba to był najgorszy żart, którego nie rozwiązano. Przynajmniej ja tak to pamiętam, lecz w tamtym okresie byłam tak zajęta...
- Snape, nadal sądzę, że to byłaś ty i mimo wszystkich sprzecznych dowodów poniosłabyś karę. Masz niebywałe szczęście, że Potter i Wertus za ciebie poręczyły, gdyby nie to zapewne do końca szkoły odbywałabyś szlaban - przypomniała starsza kobieta.
- No wie pani co? Ja przecież nic nie zrobiłam, niewinna jestem...
- Ces. 
     Marv nie musiała mówić dużo by uciszyć przyjaciółkę. Była Krukonka, na szczęście dała sobie spokój, bo przecież powinna bronić własnego honoru, choć może i nie była tak niewinna jak obstawiała, jednak mimo wszystko nikt jej nie wydał. Choć wtedy było blisko, tak bardzo blisko...
     "Cassiopeia Snape stała spokojnie w gabinecie dyrektorki wysłuchując jej kolejnej tyrady. Dobrze wiedziała, że w tym momencie nie najlepszym pomysłem byłoby przerwanie jej, trzeba po prostu poczekać na dogodny moment. Zwłaszcza, że Marley ja zawsze stała tuż przy niej. Razem jakoś wydostaną się z tej sytuacji, przecież nie może być aż tak źle, prawda? Nie trafiłaby do Ravenclawu, gdyby była idiotką. W końcu, gdy McGonagall uspokoiła się na moment, Ces wykrzyczała:
- Ale to nie moja wina! Nie zrobiłam tego!
- Czyżby, panno Black? A kto inny mógł w nowy wysadzić klasę w lochach? I zatuszować to aż do rana? Nie mówiąc już, że wybuch uszkodził sufit, przez to zapadła się podłoga górnego pomieszczenia! Ktoś mógł zginąć! - zaczęła na nowo krzyczeć.
- Ale ja mam alibi! Każdy to potwierdzi! - upierała się nastolatka, myśląc nad dobrym pretekstem.
- Och, tak? W takim razie gdzie byłaś? - spytała Minerwa, pewna swego zwycięstwa.
- Ja...
- Spędziła noc u przyjaciela - wtrąciła szybko Marley. - Chyba nie muszę tłumaczyć co robili, a to nie jest zabronione.
     Nauczycielka zarumieniła się lekko, a Ces już czuła to zwycięstwo, jedynak szybko zrzedła jej mina.
- Więc byłaś z nią całą noc u tego "przyjaciela"? - dopytywała, wprawiając Gryfonką w zakłopotanie.
- Nie, ja... Widziałam jak rano wróciła i w jakim była stanie, w dodatku mówiła mi dokąd idzie - próbowała się wybronić, jednak nie dawało to efektu.
- Więc nikt nie może potwierdzić, tego co mówisz? Coś mi się wydaje, panno Snape, że tym razem nie uda się pani mnie oszukać - powiedziała triumfalnie.
     Ces zagryzła delikatnie policzek od środka, aż w końcu wpadła na pewien pomysł. To była jej ostatnia deska ratunku.
- Spędziłam noc z Croyance! - wykrzyknęła w koncu.
     Nauczycielka oraz Marley spojrzały na nią dziwnie, choć ta druga szybko się opanowała. W końcu musiała grać dalej swoją rolę. McGonagall również szybko otrząsnęła się z szoku i spytała poważnie:
- Czy potwierdzisz to przy swoim ojcu? A co najważniejsze, czy panna Wertus to potwierdzi?
- Oczywiście - potwierdziła bez zająknięcia Ces.
- Panno Malfoy, prosze przyprowadzić profesora Snape'a! Ja tymczasem wyślę wiadomość do Croyance.
     Nie minęło nawet pięć minut, a Marv wróciła do gabinetu z podejrzliwym Severusem. Domyślał się, że jego "córka" odpowiedzialna jest za zniszczenia powstałe w lochach... A był pewien, ze lepiej nauczył ja zacierać ślady.
- Minerwo. Cassiopeio. Mogę dowiedzieć się, co tym razem się stało?
- Poczekajmy jeszcze na pannę Wertus, jestem pewna, że ona także powinna być obecna przy tej rozmowie.
     Ślizgonka pojawiła się tuż po chwili i widząc zgromadzone towarzystwo, spięła się lekko. Jednak wystarczyło jedno spojrzenie na przyjaciółki, a wiedziała, że przedstawienie zaczęło się już wcześniej bez niej, a ona nie zna swej roli.
- Dobrze, że już jesteś, Croyance? Nie byłam pewna czy odbierzesz wiadomość - zaczęła profesorka.
     Czerwonowłosa prychnęła w duchu, nie była idiotką, potrafiła jeszcze poradzić sobie z patronusem. Ale skoro reszta jest grzeczna, ona też powinna.
- Naturalnie, pani profesor. Mogę wiedzieć co tu robię?
- Ja także chciałbym się tego dowiedzieć - wtrącił Mistrz Eliksirów.
- Chciałam zadać tylko jedno pytanie. Gdzie spędziłaś noc? - spytała zbyt miło jak na nią.
     Croy rozejrzała się po twarzach zebranych, aż w koncu westchnęła i przyznała:
- Spedziłam ją z Cassie.
     Severus nie zdążył opanować zdziwionej miny.
- A co robiłyście? - dopytywała lekko zbita z tropu Minerwa.
- Nie wiem jak to ująć, ale nie wdając się w szczegóły... uprawiałyśmy seks. Chyba, że chce pani szczegóły... - dodała niepewnie po chwili.
     McGonagall zaniemówiła, stojąc przed zgromadzonymi z otwartą buzią. Severus z cierpiętniczą miną nachylił się bliżej córki.
- Co to ma być? - warknął.
- Wolisz wersję, że wysadziłam klasę i nie potrafiłam zatuszować śladów, czy że sypiam z Croy? - Ces uśmiechnęła się słodko.
     Severus wyprostował się i spojrzał ironicznie na Ślizgonkę.
- Witam w rodzinie, Croyance.
     Do końca spotkanie McGonagall nie odzywała się zbyt wiele i po chwili wypuściła całą trójkę. Gdy tylko oddaliły się na bezpieczną odległość, wybuchły śmiechem. Po twarzy Ces poleciało kilka łez, które szybko wytarła.
- Nie wiem jak my to zrobiłyśmy - przyznała, między napadami śmiechu.
- Podziękuj Marv, to dzięki niej wiedziałam co mówić. Ty oczywiście nie dałaś żadnej wskazówki - przyznała Ślizgonka, powoli uspakajając się.
- Starałam się! - krzyknęła Ces. - Co poradzę, że ten mały smark jest w tym lepszy?
- Ej - oburzyła się dziewczyna, jednak po chwili lekko uśmiechnęła. - Nie znoszę was.
     We trzy po raz kolejny wybuchły śmiechem i przytuliły się. Ciągle tkwiąc w uścisku, można było dosłyszeć lekko zrezygnowany głos Croy:
- Czyli teraz raczej nici z randki z tym nowym Krukonem z siódmej klasy...
     Odpowiedział jej tylko gromki śmiech."
     Widząc nieznaczne uśmieszki ze strony swych rozmówczyń, dyrektorka nie mogła powstrzymać się od komentarza.
- Cokolwiek byście nie powiedziały i tak wiem, że to wy za tym stoicie. Nikt inny nie byłby na tyle głupi i na tyle odważny by to zrobić. Nawet Potter - podkreśliła, jakby miało to największe znaczenie.
- Wiec schodzimy teraz z rozmową na temat mojego męża i jego wybryków? - spytała Marley, poprawiając się na krześle. - Jeśli tak, to czeka nas dłuższa rozmowa.
- Nie, oczywiście, że nie. Chciałam was zawiadomić o karze, dla Navi oraz Perseusa. Może nie jest ona największa, ale są oni dopiero uczniami pierwszej oraz drugiej klasy i postanowiłam ukarać ich tym samym systemem co ich równolatków. Dlatego spędzą cztery weekendy z Hagridem z lesie. Będą pracować tam przede wszystkim wieczorami, jednak także w dzień. Zbieranie ziół, naprawa uszkodzeń, pomoc przy zwierzętach. Gdyby byli starsi dostali by o wiele gorszą karę, dlatego mam nadzieję, że dacie radę zając się Aurigą oraz Marvolo. Jedynie Taurus nie brał w tym udziału, tego jestem pewna. Jest już za dorosły na takie wybryki - powiedziała dumnie, jednak widząc zdziwiony wzrok kobiet, dodała: - Był widziany całą noc w bibliotece i może to potwierdzić klasa zaawansowana Numerologii. Cała noc siedzieli nad jakimś równaniem.
     Ces wybuchła śmiechem nie mogąc się powstrzymać. Tak, jedynie to mogło przekonać dyrektorkę, że Ślizgon nic nie zrobił. Potwierdzenie grupy ludzi trudno obalić.
- Zajmiemy się resztą dzieci, nie powinny robić tego nigdy więcej - zapewniła pani Potter.
- Dobrze, że w swoich działaniach są tak samo nieudolni jak Potter. Gdyby miały wasze zacięcie... Nie chciałabym mieć ich wszystkich pod jednym dachem w szkole - przyznała Minerwa, uśmiechając się lekko.
     Uśmiech jednak szybko spełzł jej z ust, gdy tylko w oddali rozległ się wybuch. Trzy kobiety spojrzały po sobie, ale to McGonagall pierwsza zerwała się na równe nogi. Zaraz po niej wstały Ces i Marv, niepewne co mają zrobić. 
- Chyba będę musiała sprawdzić co się stało - przyznała dyrektorka, kierując się w stronę drzwi. - Mam nadzieję, że udało nam się omówić każdy aspekt tego zdarzenia i wszystko jest już jasne. Nie chciałabym wzywać was po raz kolejny.
- Rozumiemy, pani profesor. - Marley uśmiechnęła się lekko i także ruszyła w stronę drzwi. - Dziękujemy, że była pani tak wyrozumiała.
     Pani Potter wiedziała, że coś jest nie tak, gdy tylko ujrzała uśmieszek swojej towarzyszki. Wolała ewakuować się z pomieszczenia jak najszybciej.
- Do wiedzenia, pani dyrektor - rzuciły jeszcze obie, szybko oddalając się od gobelinu.
     Dopiero, gdy były na ścieżce wiodącej ku bramie, Marv spojrzała na Ces.
- Coś ty zrobiła? - szepnęła, niepewna czy chce poznać odpowiedź.
- Och, nic takiego. Małe zamieszanie na boisku. - Machnęła ręką w stronę błoni.
     Kobieta spojrzała we wskazanym kierunku i roześmiała się. Po chwili dołączyła do niej panna Snape. Czyż widok biegnącej McGonagall nie jest wprost komiczny? Zwłaszcza, że czeka ją trochę sprzątania, gdyż z oddali było widać dym unoszący się znad boiska. A krater tam powstały miał dobre kilka metrów. 
     Rada na przyszłość, nie wkurzaj, ani nie zanudzaj panny Snape. To nigdy nie kończy się dobrze, zwłaszcza jeśli koło niej jest pani Potter.


niedziela, 15 lutego 2015

12. "Fanfiction..."

#Supernatural #Sezon10 #One-shot #K #Family #Humor #DeanWinchester #SamWinchester
Witam,
Wiem, ze obiecałam coś o innej tematyce, jednak znalazłam swój pierwszy tekst z SPN, pisany jeszcze w grudniu. Sama nie wiem jak go oceniać, bo była to moja pierwsza próba tego typu, jednak jest on inspirowany odcinkiem piątym.

Co do kolejnych tekstów, mam napisanego Sherlocka, jedynie muszę go przepisać. Wczoraj spędziłam cały dzień w Toruniu i nie mogłam niestety tego zrobić, ale postaram się jak najszybciej to opublikować.

Miłego czytania,
Croy


- Dean? Co ty robisz? - spytał zaskoczony Sam, przyglądając się dziwnemu zachowaniu brata.
Mężczyzna spojrzał na niego zamyślony i odpowiedział pytaniem na pytanie:
- Pamiętasz naszą ostatnią sprawę we Flint w Michigan?
- Trudno byłoby ją zapomnieć. Nie co dzień ogląda się przedstawienie o własnym życiu, chyba, że chodzi ci o Kalliope – dodał szybko.
Dean zgromił go wzrokiem, po czym sięgnął po laptop. Włączając go odparł:
- Oczywiście, że o przedstawienie, jednak bardziej o fakt, że ono powstało. Nigdy nie myślałem, że po przerwaniu serii zostaną jacyś fani, a z tego co mówiła Marie, trochę ich jest...
- Chodzi ci o Destiel? - Sam zaśmiał się, siadając. - Okej i co chcesz zrobić z tym dalej?
- Wpisałem właśnie hasło do wyszukiwarki i patrz co znalazłem. - Odwrócił ekran w stronę brata. - Tego są tysiące! - zauważył ze zgrozę.
- A czego się spodziewałeś? Może i książki Chucka nie są zbyt popularne, ale już od jakiegoś czasu wiedzieliśmy, że ktoś jednak to czyta. W końcu, gdy dowiedzieliśmy się o tej serii sam widziałeś te komentarze...
- Stop. Lepiej zobaczmy co tu jest...
Obaj spojrzeli na listę wyników, gdzie mimo wszystko królowało Destiel. Dean odwracał wzrok, nie mogąc już czytać nawet krótkich opisów, jednak w końcu coś zauważył.
- Czekaj Sammy, chyba coś mam!
Cofnął o kilka wyników i kliknął na stronę. To co tam ujrzał po raz pierwszy zmusiło go do śmiechu. Nie w humorze był za to Sam, który próbował wyrwać bratu laptop.
- Nie wiem o co ci chodzi Dean. W końcu łączenie ciebie i Castiela jest gorsze...
- Nie, Sammy, nie jest gorsze. Sabriel! - Mężczyzna wybuchł po raz kolejny śmiechem, nie mogąc się po raz kolejny opanować. - Ty i Gabriel!
Sam przyglądał się swojemu niezrównoważonemu bratu, gdy w końcu zamknął ową stronę. Nie było mu zbytnio do śmiechu, ale nie mógł powstrzymać wyobraźni innych. Może gdyby te książki nie istniały... Próżne nadzieje.
- Może podyskutujemy o zgłębianiu motywu Destiela? Wiesz, bardzo mnie zaciekawiły niektóre z tych opisów.
Zielonooki momentalnie się uspokoił i odniósł laptop do torby. Tam będzie bezpieczny jak na razie. Ale teraz miał za to sposób na dręczenie swojego młodszego braciszka.
- Porozmawiamy o tym, jak ty będziesz chciał pogadać o swoim „związku” z Gabrielem – wytknął mu.
- Palant – wymamrotał pod nosem młodszy z braci.
- Suka! - rzucił automatycznie Dean, rozkładając się na kanapie.
- Niedługo zwariujemy siedząc w tym pokoju, masz ochotę na nową sprawę – zaproponował Sam.
- Taa. - Dean głęboko ziewnął. - Ale daj mi się jeszcze trochę przespać, weźmiemy się za to jutro.
Oboje pokiwali twierdząco głowami. Nowa praca była im potrzebna, ale musieli chwilę odetchnąć. Siedzenie w hotelu czy bunkrze nie było dla nich dobre, zwłaszcza teraz. Po raz kolejny mieli być oni dwaj, przeciwko całej reszcie. I bardzo im tego teraz brakowało.
Theme by Hanchesteria